Kronika kryminalna

Na podstawie wycinków prasowych. Zachowano oryginalną pisownię.

1902

Podpalacz w Jaśle
Już trzeci pożar mieliśmy tu w ciągu września, a palą się tam same stodoły z plonami. Dnia 10. bm. [wrzesień] spłonęły gumna plebańskie ze wszystkiemi zapasami. Podpalacza nie zdołano dotychczas wyśledzić. W mieście panuje przestrach tem większy, że jakiś zbrodniarz czy figlarz niegodny porozlepiał po murach kartki z zapowiedzią podpalenia całego miasta od razu ze wszystkich stron, a publiczność wmówiła w siebie, że miasto będzie spalone. Ostrożniejsi strzegą swych domów całemi nocami.


1903

Podpalenie w Wójtowej
Z Wójtowej (pow. Gorlice), donoszą nam iż pewna kobieta od pół roku chora umysłowo, w nocy na 19. b. m. [marzec] położyła się spać w nocy jednak wstała, wzięła zapałki, wymknęła się cichaczem z domu i poszła do stajni. Tam wylazła na strych, podpaliła słomę, a następnie sama do niej się zapchała i spaliła się. Dom spłonął, konie i bydło uratowano.

Sprzeniewierzenie urzędnika w Gorlicach
W Gorlicach w starostwie odkryto znaczną kradzież. Dyurnista Aleksy Kocko, który prowadził kasę podręczną starostwa, jeździł na komisje i ściągał różne należytości, sprzeniewierzył sporą sumę, jak niektórzy głoszą kilkanaście tysięcy koron. Złodziejowi pozwolono umknąć bezkarnie. Winę ponosi starosta, ponieważ nie kontrolował Kocki. Ciekawość, czy też starosta pokryje teraz skradzioną sumę. Należy pilnie baczyć, aby nie ściągano po raz drugi należytości z ludu.

Wypadek z bronią w Ujeździe
Z Ujazdu (pow. Jasło). Zaszedł tu u nas niedawno następujący nieszczęśliwy wypadek. Pomocnik sklepowy Józefa Krupińskiego, chcąc wystrzelić do świni, ryjącej w ogrodzie, pośliznął się i rewolwer wypalił mu w samą dłoń. Wielki palec odstrzelony trzyma się tylko na wierzchniej skórze, palec wskazujący całkiem odpadł, drugi przy nim przestrzelony na pół, dłoń cała roztrzaskana. Odwieziono go zaraz do szpitala jasielskiego; nie wiedzieć, czy życie uratuje, bo 9 kilometrów drogi do szpitala jechał, a krwi dużo tymczasem uszło.

Sprawa o kradzież blachy
W Jaśle rozegra się ciekawa sprawa przed sądem karnym. W r. 1901 oddał ks. Podgórski, proboszcz w Iwoniczu, roboty pokrycia blachą kościoła, klasztoru i szpitala Jonaszowi Sieflowi z Krosna. Według wskazówek Stiefla miał dostarczyć ks. Podgórski pół wagonu blachy. Tymczasem owe pół wagona blachy wyszło, a pokryto tylko część szpitala i klasztoru. Ks. P. musiał jeszcze dokupić blachy drugie pół wagonu, a i to nie wystarczyło i kościół dotąd niepokryty. Podobno musiał ks. P. raz jeszcze dokupować blachy u żydów w Rymanowie. [...] W zeszłym roku sprawa kradzieży blachy doszła do wiadomości sądu i toczyły się przeciw
Stieflowi dochodzenia o kradzież, których zaniechano. Dopiero z początkiem tego roku wydalony przez Siefla czeladnik, Moszkowitz, wykrył w sądzie, że Siefel zajeżdżał w nocy wozem do Iwonicza i blachę kradzioną i przechowywaną przez czeladników całemi pakami wywoził. Komisja sądowa stwierdziła brak pół wagonu blachy, wartości około 1000 koron. Prokuratorja wniosła przeciw Sieflowi i jego czeladnikom akt oskarżenia o kradzież brakującej blachy.

Śmierć wskutek pijaństwa w Święcanach.
W Święcanach, w pow. Jasielskim, zdarzył się następujący smutny wypadek: Gospodarz Jan Z. ze swoim zięciem poszedł do sąsiedniej wioski, aby kupić konia. Po powrocie zięć poszedł do domu, a Z. poszedł do karczmy. Tutaj spotkał swego przyjaciela i nalali sobie podostatkiem w czuby. Z. poszedł jeszcze o własnych siłach do domu, a towarzysza jego znaleziono na drugi dzień w dołku z błotem i wodą bez życia. Pozostawił on żonę samotną, bo jeden syn w Ameryce, drugi przy wojsku, a córki wydane. Cały prawie majątek zmarnował, a ponadto pozaciągał długi. Oto skutki pijaństwa.

Kradzież w sklepie Brzyskach
Z Brzysk (pow. Jasło). Niewyśledzeni dotąd złodzieje okradli w nocy sklep Józefa K., organisty, zabrawszy mu trunki i inne towary.


1904

Wypadek z bronią w Dębowcu
W Dębowcu, pow. Jasło, zabił 12-letni Henryk Dąbrowski strzałem ze strzelby, którą się bawił, niewiedząc, że jest nabita, trzechletnią swoją siostrę.


1906

Morderstwo w Dominikowicach
Ohydna zbrodnia. We wsi Dominikowice koło Kobylanki pow. Gorlice, powiła przed kilku dniami pewna dziewczyna dziecię, które, aby ukryć wstyd, rzuciła zgłodniałym psom na pożarcie. Te rzeczywiście je i objadły. Część zwłok żandarmerja odratowała. Sprawę oddano sądowi.

Słabość woli, brak energii do zniesienia nieszczęść i cierpień popycha człowieka w objęcia rozpaczy, w objęcia beznadziejnego zwątpienia. Rozpacz zaś i zwątpienie najczęściej są przyczyną samobójstw, owych ponurych tragedyi życiowych, jakich tak często jesteśmy świadkami. Na tem tle rozegrała się również tragedya biednej wdowy w Jaśle.
Ludwika Stańskowska, młoda, bo dopiero 31 lat licząca wdowa po portyerze kolei państwowej w Jaśle, matka dwojga małoletnich dzieci, od dłuższego czasu, to znaczy od czasu śmierci mężą popadła w histeryę. Bieda dokuczała jej na każdym kroku, biedna kobieta traciła coraz bardziej wiarę w swe siły, nie mogła znieść tego, że dzieci nie odbiorą z powodu braku ojca należytego wychowania, postanowiła więc ostatecznie odebrać sobie życie. Rozpacz pomieszała jej zmysły, zwątpienie pchnęło ją do grobu.
Dnia 5 bm. Stańkowska wstała przed godziną szóstą rano. Widocznem było, że napadł ją ostry szał histeryczny, bo wypędziła dzieci z domu na ulicę, chociaż mróz dochodził 10° Celsjusza, a ponadto wicher dął mroźny, sama zaś wybiegła za niemi i popędziła nad rzekę Jasiółkę w zamiarze odebrania sobie życia w jej zimnych nurtach. Jasiółka była już od kilku dni zamarznięta, ale ta przeszkoda nie zbiła z tropu nieszczęśliwej. Stańkowska rozebrała się na brzegu rzeki do naga i jak jej stopy wskazywały, szukała czy nie ma gdzie w lodzie wyrąbanej przerębli, gdzieżby śmierć znaleźć mogła. Ale cała rzeka przedstawiała się jak równa, bez skazy lustrzana płaszczyzna; nawet przeręble były zamarznięte.
Widząc, że w nurtach Jaskółki śmierć znaleźć nie może, pobiegła nieszczęśliwa ku torowi kolejowemu, oddalonemu od rzeki o blizko półtora kilometra, przez zagony, przez pola, potykając się co chwila i raniąc ręce i nogi. Dobiegła nareszcie do toru, położyła się na szynach i czekała śmierci. Dobieg ją stukot pociągu, widocznie ku niej się zbliżającego. Nadzieja, że wreszcie umrze, zaświtała w sercu nieszczęśliwej. Ale, niestety, i tu ją spotkał zawód. W kilka chwil późnej przebiegł obok niej całą siłą pary pociąg, idący do Tarnowca, ale drugim torem.
Wstała więc – jak widać ze śladów – pobiegła dalej, zobaczyła kilka obok siebie leżących szyn rezerwowych pomiędzy dwoma torami. Sądziła, że jeżeli legnie obok tylu szyn, to z pewnością jakiś pociąg przecież ją przejedzie. Nadszedł drugi pociąg, idący w stronę Moderówki, ale znów po innych szynach.
Fot. A. Bruck
Nieszczęśliwa czekała cierpliwie. Włożyła obie ręce pod głowę i leżała na szynach, przy dziesięciostopniowym mrozie, czekając śmierci jak wybawienia. Niestety – śmierć ją trzykrotnie już zawiodła. Zmęczona i znużona zimnem usnęła. Znalazł ją dopiero strażnik kolejowy, przechodzący w służbie po torze i zaalarmował stacyę Jasło, skąd bezzwłocznie przebiegli ludzie z lekarzem. Zajęto się zaraz akcyą ratunkową, ale mimo zastosowania wszelkich możliwych środków nie zdołano jej przywrócić do życia. Nieszczęśliwa kobieta zamarzła. Nie mogła znaleźć śmierci w rzece, ani pod kołami pociągów, mróz się więc nad nią zlitował.
A po niej zostało dwoje biednych dzieci, małoletnich, nie będących w stanie zapracować na życie, rzuconych w świat jako te liście jesienne, na zmarnowanie…

Załączona obok fotografia przedstawia komisyę sądowo lekarską podczas sekcyi zwłok nieszczęśliwej Stańkowskiej. Lekarze dr. Masudziński i dr. Kadyi, którzy dokonali sekcyi, stwierdzili u zmarłej histeryę w najwyższym stopniu.

1907

Zaginięcie w Ropicy.
W Ropicy obok Gorlic mały chłopczyk, wyszedłszy na zabawę, zapędził się aż do lasu, gdzie zabłądził. Dopiero po trzech dniach zdołano go odszukać, ale już nieżywego w lesie.

Pożar w Siarach
Ostrożnie z ogniem! Dnia 10. z. m. [listopad] spaliły się w Siarach (Gorlice) trzy domy. Ogień wznieciły dzieci pozostawione bez dozoru w domu jednego z pogorzelców - Pawła P., któremu spaliło się wszystko doszczętnie. Wprawdzie ludzi zbiegło się mnóstwo do ognia, jednak zamiast pomagać gasić pożar, to z założonymi rękami większość stała i przypatrywała się bezmyślnie rozszalałemu żywiołowi. Smutny to bardzo objaw ludzkiej nieczułości i braku litości nad niedolą sąsiedzi.

1908

Śmierć wskutek pijaństwa w jasielskim
W Bryłach ( pow. Jasło) zaszedł 1 bm. [maj] taki wypadek: Szczepan Ś., 48-letni gospodarz wraca końmi zupełnie pijany z targu z Jasła do domu. Nie wiedząc co robi, wjechał  Ś. do głębokiego rowu, przyczem spadł z wozu i doznał złamania kości w karku. Bezprzytomnego przywieziono do domu, posłano po księdza, ale zanim ksiądz przybył, Ś. zakończył życie.  Józef Czajkowicz.


1909


Ofiara wódki i mrozu. Dn. 24 bm. [luty] w Kobylance, skutkiem wielkiego śniegu, zamarzła na śmierć Krystyna B., licząca 42 lat, powracając z Gorlic z jarmarku, owa kobieta lubiła się często rozgrzewać alkoholem, więc nie śnieg,  tylko rum i wódka przyprowadziły ją o śmierć. Andrzej Przybyłowicz z Kobylanki.

Wypadek w Siedliskach
Straszny wypadek. Dnia 22. kwietnia b.r. wieczór powracał od pracy polnej gospodarz G. z Siedlisk do Berdechowa około Bobowej i po drodze wstąpił do karczmy w Siedliskach i podpiwszy sobie alkoholu odpowiednio, siadł na wóz, ruszył i zasnął. Nieujechawszy ani ćwierć kilometra, wjechały konie na rampę kolejową tuż przy samej budce, zderzyły się z nadchodzącym od Tarnowa pociągiem, ponieważ i budnik nie zamknąwszy ramp spał sobie również smacznie. Wskutek czego jednego konia zabiło, drugiego na kawałki poszarpało, z którego łep aż na stacji w Bobowej znaleziono, a owemu gospodarzowi nogi połamało i leży obecnie w szpitalu.

Dziwna śmierć leśniczego w Kobylance
Niespodziewany wypadek śmierci zaszedł w Kobylance (pow. Gorlice). Franciszek B. leśny z niewiadomej przyczyny, został pozbawiony życia. Oto dnia 2-ego b.m. [grudzień] wyszedł z domu w celu przygotowania polowania. Mimo poszukiwań ludzi i żandarmerji po lasach i gdzie tylko można było zauważyć jakieś urwisko, grożące życiu człowieka, nie natrafiono na żaden ślad. Aż dnia 8-ego b.m. odnalazł go pewien włościanin wieczorem w strumyku w pozycji klęczącej na jedno kolano. A.P.

1910
Podpalenie w Kowalowach
W Kowalowach pod Jasłem podpaliły  8 bm., [październik] dzieci stodołę Jakuba W., przy czem i dom jego oddalony o 20 kroków, spłonął doszczętnie. Domy sąsiednie ocalały niemal cudem bożym. Szkoda wynosi około 3500 koron, nieubezpieczone. Jakób Mastaj.

Wypadek w Olszynach
Przez alkohol do nieszczęścia! W Olszynach (pow. Gorlice) pojechał dnia 7 grudnia K. B. do młyna do pobliskiej wsi Święcany. Wyjechał z domu rano a powracał późno wieczorem;pozostawił konie przed karczmą w Ołpinach, sam zaś poszedł do karczmy i dłuższy czas popijał. Tymczasem konie zniecierpliwione zabrały się i szły do domu a gdy weszły na potok napiły się i posuwały się naprzód potokiem, aż weszły w tak ciasne brzegi że ani naprzód ani w bok nie było wyjścia. Po długich cierpieniach tam zostały nieżywe

Zaginięcie w Krygu
Zaginęła Jadwiga Kosibianka córka ubogiej wdowy po kowalu w Krygu pow. Gorlice, wysoka blondynka oczy niebieskawe zamglone chora umysłowa. Z powodu choroby żołądka oddano ją do szpitala w Gorlicach w październiku 1908 r. a po kilkudniowym tamże pobycie kazano jej szpital opuścić bez uwiadomienia matki. A nie znając drogi do domu nie wiedząc nazwy swej rodzinnej wsi małomówna a przytem bojaźliwa, wyszła ze szpitala i dotychczas jej odnaleźć nie można. Opowiadają ludzie, że podobna dziewczyna była we wsiach w Święcanach i Binarowy koło Biecza. Matka mieszka w Krygu na przysiółku zwanym Świniarki i to słowo zdaje się będzie pamiętać. Na tej drodze udaję się do wszystkich litościwych, którzyby wiedzieli o podobnej dziewczynie zechcą donieść pocztą do Rozalji Kosibowej w Krygu, poczta Kobylanka, za zwrotem poniesionych kosztów do K.[koron] 20.

1911


Nocy onegdajszej nie wykryty dotąd sprawca włamał się do kancelaryi  notaryusza p. Meusa i skradł z szuflady biurka gotówkę w kwocie kilkudziesięciu koron oraz kilka papierów wartościowych. To samo prawdopodobnie indywidyum usiłowało wtargnąć do sklepu zegarmistrza, w tej samej kamienicy. Na szczęście spłoszył ktoś ptaszka, a tylko ślady „ roboty” pozostały na murze.

Jasło 1. maja.

Nieznani do tej pory sprawcy wtargnęli wczoraj w nocy do gmachu Urzędu sekcyi konserwacji dróg kolejowych i zabrali ze sobę podręczną kasę wertheimowską, w której znajdowało się w gotówce 6 tysięcy koron, a nadto rozmaite ważne dokumenty, między innemi tajne przepisy dyrekcyi i ministerstwa kolejowego w sprawach wojskowych i mobilizacyjnych, które każda większa stacya kolejowa posiada w zapieczętowanych kopertach, przechowywanych w skrzyniach zabezpieczonych przed włamaniem. Koperty te otwierane w razie mobilzacyi – zawierają najbardziej szczegółowe przepisy o nader ważnej kwestyi instradowania pociągów mobilizacyjnych a przepisy umieszczone w nich są pierwszorzędną tajemnicą wojskową. Dodać należy, że przez Jasło prowadzi w kierunku przełęczy Dukielskiej jeden z najważniejszych szlaków wojskowych w Austryi.
W okolicy Jasła odbyły się w r. 1900 pierwsze w świecie, największe manewry, w których brały udział dwie armie na stopie wojennej, licząca zatem 120 tysięcy ludzi. Manewry jasielskie wywołały wówczas wielkie zaniepokojenie w sferach wojskowych Rosyi.

Kradzież spostrzeżono zaraz rano i uwiadomiono o niej żandarmeryę  i policyę, które natychmiast rozpoczęły ścisłe dochodzenia i poszukiwania, dotąd jednak bez rezultatu. Zawiadomiona o wypadku dyrekcya  kolei w Krakowie wysłała ze swego ramienia komisarza dra Świgosta; z ramienia policyi krakowskiej wyjechał inspektor p. Karcz.


Stróże, 2 czerwca
Onegdaj położył się pod koła pociągu osobowego w Stróżach oficyant kolejowy Kornel Guzik i znalazł śmierć na miejscu. Do samobójstwa popchnęła go obawa przed nędzą. Stosunki jego finansowe przedstawiały się fatalnie. Desperat pozostawił żonę i osierocił troje nieletnich dzieci.

Wyścigi pijaków w Czeluśnicy
Dnia 27 października b.r.  po południu, przy dobrym humorze po napitku, jechali z miasta gospodarze, jeden z Czeluśnicy, a drugi z Gliniczka, jechali i mijali się od wsi Wolicy ku Czeluśnicy, i najechali na kobietę, co szła z miasta i tak silnie została uderzona, że na miejscu ducha Bogu oddała; zwłoki inni ludzie zabrali i przywieźli do Czeluśnicy, do własnego domu. Tak mijanka pijanych ludzi doprowadza do nieszczęścia. Jan Śmietana.

Pobicie w Ołpinach
Ołpiny 2 listopada. W naszej gminie niejacy Paweł G. i syn jego Bronisław [...] wielcy amatorzy gorzały. Nazywają ich tu u nas bezpłatnymi  dentystami i cyrulikami, puszczającymi za darmo krew. Dnia 2 listopada napadli oni w żydowskiej karczmie na krawca Jana D. i ciężko go pobili, robiąc mu cztery dziury w głowie i wybiwszy mu dwa zęby. Trzeba dodać, że w głowę pokaleczył go młody G., bijąc go z tyłu twardem jakiemś  narzędziem, a ojciec walił z przodu.

1912

Z Jasła piszą nam: Miasto nasze poruszone jest świeżym faktem wybicia szyb powszechnie szanowanemu i lubianemu przez młodzież profesorowi tutejszego gimnazyum, p. K.
Fakt wybicia szyb zaszedł onegdaj wieczorem. Było to właśnie po konferencyi klasyfikacynej. Profesor K. wrócił późniejszą porą do domu i około godziny 10–tej wieczór układał się z rodziną do snu. Nagle posypały się kamienie wielkości cegły. W dwóch pokojach szyby zostały wybite. Szczęśliwy los zrządził, że kamienie nie ugodziły dzieci profesora K. lub żony, albo też jego samego.
Drugiego dnia zamknięto gimnazyum, zawezwano żandarmów i przeprowadzono śledztwo. Podejrzenie padło na dwóch uczniów V. klasy gimnazyalnej, oraz pewnego mechanika, którego studenci przybrali sobie do pomocy. Wspomniani uczniowie cieszą się wśród najbliższych nawet kolegów złą opinią.

Brutalny fakt wybicia szyb prof. K. wywołał też powszechne oburzenie także wśród młodzieży szkolnej, dla której prof. K. jest bardzo łagodnym nauczycielem i dobrym wychowawcą. Śledztwo gimnazjalne trwa dalej.


Napad i kradzież w jasielskim
Tegoż dnia [ 1 sierpnia] zjawił się u włościanki Franciszki D. nieznajomy jakiś łobuz i zapytał się czy jej mąż jest w Ameryce i czy nazywa się Stanisław D. Kobieta odpowiedziała: "tak". On jej mówi, że jego brat przyjechał z Ameryki i że razem z jej mężem pracował i przywiózł 300 dolarów od męża.
-Pójdziecie ze mną - mówi - niedaleko stąd, tylko mila, nazywa się Szydłów.
Kobieta, gdy to usłyszała, z radości przyniosła łobuzowi kiełbasy i piwa. Tenże sobie pojadł i popił. Po  tem śniadaniu wybrali się do tego mniemanego Szydłowa. Ale nie zastanowiła się kobieta, gdzie jest ten Szydłów, że takiej miejscowości nie tylko mila, ale kilka mil w okolicy Jasła niema. Kobieta żądna pieniędzy poszła na oślep. Ale ten Szydłów inaczej się kobiecie przedstawił. Bo zaledwie uszli może pół mili i przyszli do lasu w gminie Wolicy, rzucił się na nią nieznajomy, wyjął jej pulares, w którym na szczęście było tylko 5 koron i te sobie za swój trud zabrał. Czytelnik.

Wypadek pijanego woźnicy
Nieszczęśliwy wypadek. Dnia 28 listopada o g.8 wiecz. powracał włościanin Marcin Dz. z żoną Anną z wesela z Łubna Szlacheckiego do gminy Grabaniny-Sadki powiat Jasło. Ponieważ był w stanie podpitym, przeto tak niezręcznie powoził końmi, że na skręcie drogi wjechał do głębokiego rowu. Dz.-owa, wypadając z wozu, uderzyła głową o kamień z taką siłą, że poniosła śmierć na miejscu. Dz. ciężko się potłukł.

1913



Gorlice, 4 lutego.
W dniu wczorajszym dotarła do naszego miasta wiadomość o strasznem morderstwie, jakiego dokonano w pobliskiej Kobylance, na osobie pewnego karczmarza i jego żonie.
Wedle informacyj, jakie tu nadeszły, morderstwa dokonano w następujących okolicznościach.
W nocy, z soboty na niedzielę, gdy właściciel szynku w Kobylance, Hollander i jego żona pogrążeni byli w głębokim śnie, nieznani sprawcy wdarli się do szynku, łączącego się z mieszkaniem szynkarza i rozpoczęli tam rabunek. Hollander, usłyszawszy prawdopodobnie szmer w karczmie, zbudził się, a wtedy złoczyńcy zadali mu cały szereg ran, tak iż staruszek niebawem wyzionął ducha. Ciż sami sprawcy poranili ciężko jego żonę, którą przewieziono do tutejszego szpitala.
Jak się zdaje, nieszczęśliwą kobietę będzie można utrzymać przy życiu.

Czy sprawcy okrutnego mordu zabrali co gotówki, na razie nie stwierdzono. 

1914

Kradzież w Gorlicach
Kradzież 45000 koron. Do urzędu podatkowego w Gorlicach włamali się onegdaj złodzieje i rozbiwszy kasę ogniotrwałą, zawierającą depozyta, zabrali 45.000 koron. Na ślad ich dotychczas nienatrafiono.

Wypadek w Jaśle
Tragiczna śmierć. Z Jasła piszą nam: W dniu 14 b.m. [sierpień] zmarł zasłużony wiceburmistrz naszego miasta p. Klier. P. Kliera przejechał automobil ciężarowy. – W Jaśle tragiczny wypadek, którego ofiarą padł wice burmistrz miasta, wywołał ogromne wrażenie.



1915

Przypadkowy wybuch w Jaśle.
Z Jasła piszą nam: Wielce przykry wypadek zdarzył się w naszem mieście: Oto dnia 18 bm. [sierpień] podczas nabożeństwa z okazyi rocznicy urodzin Najjaśniejszego Pana, rozerwał się przy strzelaniu jeden z moździerzy, a odłamek tegoż ugodził stojącego w odległości 50 metrów koło kościoła Andrzeja Warchoła lat 18 liczącego wyrobnika. Mimo troskliwych zabiegów lekarza W. Pana dra Kadya,ugodzony skończył życie po 18 minutach męczarni.
Szczęściu zawdzięczać należy, iż skończyło się na jednej śmierci, odłamek ten bowiem przeleciał między głowami P. Aleksandra Onyszkiewicza, dyna c.k. radca górniczego, P. Adama Łuszczyńskiego, funkcyonaryusza magistratu, którzy z powodu przepełnienia w kościele stali na cmentarzu kościelnym, rozmawiając z kapralem policyi Andrzejem Szpakiem. Ranionym jest policyant Szymon Heinrych biorący czynny udział w strzelaniu. Aleks z Jasła.


Niebezpieczne znalezisko
Biesna ad Bobowa, we wrześniu.

Dnia 5-go września b.r. zdarzył się w naszej wsi straszny wypadek. W niedzielę popołudniu wybrało się kilku chłopców w pole. W polu znaleźli granat, który nie eksplodował. Nierozważni, chcieli ten granat rozbić. Gdy zaczęli nim tłuc, granat wybuchł i na miejscu zabił dwóch, jednego 18-to, drugiego 6-cio letniego, dwóch zaś bardzo ciężko poranił. Odwieziono ich do szpitala do Nowego Sącza. Wiktorya Ligęza.


1916

Wypadek w Grabaninie koło Żmigrodu.
Grabanina, koło Żmigrodu
Dnia 25 kwietnia zdarzył się w Grabaninie ad Sadki koło Żmigrodu straszny wypadek. 15-letni chłopak, Władysław Balicki, syn Antoniego, wydalił się około godz. 4-tej po południu z domu, mówiąc, że idzie do kościoła na nieszpory. Zamiast do kościoła poszedł jednak na polną drogę i w odległości około półtora kilometra od domu rodziców, niedaleko wsi Toki, rozpoczął strzelaninę w ten sposób, że już wystrzelony szrapnel silnie naładował prochem, a oparłszy go o kamień, począł, klęcząc, zapalać proch. W tej chwili nastąpił strzał straszny. Szrapnel, silnie naładowany, został rozerwany na kawałki, kamień, o który był wsparty, starty został na piach. Odłamki szrapnela rozbiły chłopakowi czaszkę, tak, że aż mózg się pokazał, a siła wybuchu urwała chłopcu rękę tak, że jej dotąd odszukać nie zdołano. Chłopak miał jeszcze tyle siły, że przy pomocy ojca zawlókł się do domu, jednak na drugi dzień koło pół do ósmej rano zmarł. [...]
K.Z.

Wypadki z bronią w Lisowie
Lisów, w Jasielskiem. Chciałem opisać dla przestrogi chłopcom, jakie nieszczęścia zdarzyły się u nas z powodu strzelaniny między małoletnimi chłopcami. 15-letni Jaś Sokolowczyk poszedł w jedną niedzielę w maju z karabinem ku rzecze, jak twierdzą, żeby głuszyć ryby. Poszło z nim dwóch Czocharczyków i inni. Sokołowczyk miał strzelać w ryby, tymczasem karabin nie wypalił. Chłopcy obstąpili go, gdy naraz nabój trzasnął i trafił 10-letniego Czocharczyka w płuca. I zmarł chłopczyna w siódmym dniu w strasznych boleściach. Później znów dwaj małoletni bracia nabili pistolet prochem i podobno siekanem żelazem. Pistolet wypalił i jednemu z malców strzaskał kolano. Wije się teraz malec na łożu boleści. Antoni Janiga.

Pożar w Żurowej
Żurowa, w Jasielskiem. W naszej gminie wybuchł dnia 10 czerwca pożar na plebanii. Samą plebanię zdołano uratować, spaliły się natomiast doszczętnie stajnie i stodoły, i nadto dwa stajania żyta. Przyczyna pożaru niezbadana. Stwierdzono tylko, że ogień wybuchł w rogu stodoły. P. Mikrut.

Poderżnięcie gardła brzytwą
W gminie Samokluki [prawdopodobnie chodzi o Samoklęski], obok Żmigrodu, odebrał sobie życie, przez poderżnięcie gardła brzytwą, gospodarz Józef Wojdacz, 60-letni człowiek. Przyczyną tego kroku: swary małżeńskie. Cięcie było straszne, bo głowa ledwie utrzymała się na kręgosłupie, stało się to z 16 na 17 czerwca. Stanisław R. 

Kradzież w szynku w Gorlicach. 
Nieznani złodzieje, 16 lipca wkradli się w nocy do szynku p. Engla, znajdującego się przy ul. 3
Maja - dopuszczając się kradzieży na paręset koron. Energiczne poszukiwania tamtejszej żandarmeryi odniosły pożądany skutek. Aresztowano 4 chłopców, którzy przy badaniu przyznali się do kradzieży, wskazując w zbożu ukryte trunki - niestety niewszystkie.


Nieszczęśliwy wypadek w Czermnej.
Nieszczęśliwy wypadek wydarzył się w naszej wiosce dnia 18 lipca. Chłopcy: Stanisław Sobota , Roman Janusz i Stanisław Janusz, bawili się pociskiem, kulą. Naraz kula eksplodowała w rękach Soboty, urywając mu 3 palce, drugiemu raniąc rękę, trzeciemu nogę. Wszystkich trzech, ofiary własnej nieostrożności, odwieziono do szpitala w Jaśle. Wawrzyniec Węgrzyński

Nieszczęśliwy wypadek w Tarnowcu
Tarnowiec, w Jasielskiem. Dnia 10 września b.r. wydarzył się w Motyczach szlacheckich następujący wypadek. Trzej chłopcy znaleźli ręczny granat. Poczęli się nim bawić rzucając go do góry. Naraz granat wybuchł, zabijając jednego chłopca na miejscu. Wszystkie wnętrzności z niego wydarło, ręce i nogi rozerwało. Drugi chłopiec został ciężko ranny w lewy bok, trzeci lżej w prawą rękę i nogę. Jakób z Tarnowca.


1917

Szajka spekulancka w Gorlicach.
Czterdzieści dwa tysiące kilogramów słoniny... brzmi to w tych ciężkich czasach, jak wyjątek z baśni "Tysiąca i jednej nocy"... A jednak Magistrat gorlicki skonfiskował w dniu  11 b.m. [lutego] na dworcu towarowym w Gorlicach 22 skrzyń - adresowanych do Morawskiej
Ostrawy - zawierających taką właśnie ilość słoniny. Nadawczynią tego "skarbu" była córka właściciela handlu śniadankowego, który imał się tego intratnego interesu, skupując od miejscowych rzeźników słoninę, o którą na próżno "błagali" wszechpotężnych "świniobójców" zgłodniali gorliczanie.
Sprawa budzi powszechną sensacyę; wszyscy oczekują w naprężeniu wyniku sądowego postępowania, w przypuszczeniu,  że władze przykładnie ukarzą sprawców, zwłaszcza, że jak wieść niesie, ma się do czynienia ze sprytnie zorganizowaną szajką spekulantów.
B.L.


1918


Z Gorlic donoszą: Dzisiejszej nocy [ data publikacji 29.11.1918]  dokonano znacznej kradzieży w hotelu Starcka. Okradziono mianowicie p. Józefa Ronicka „rekwirując” zawartość jego portfelu w wysokości 18.000 koron. Dzięki sprężystym poszukiwaniom oficera tutejszego garnizonu p. Stanisława Fruehlinga, już w dwie godziny po dokonanej kradzieży odnaleziono 16.000 koron w ruinach domu przy ul. Bankowej.
Sprawcy dotąd nie schwytano.

1922

Oto na posterunku policyjnym w obrębie Gorlic jeden z niższych funkcyonaryuszy Pol., zwabiwszy dziewczynę z okolicznego domu swego mieszkania, dopuścił się na niej ohydnego gwałtu. Posterunkowy zhańbił dziewczynę dwukrotnie.
Poszkodowana zgłosiła się u pow. komendanta, w następstwie czego gwałciciela aresztowano. W ciągu najbliższych dni posterunkowy przewieziony zostanie do Krakowa, gdzie odpowie za swój ohydny czyn przed sądem.


Gorlice, 22 września
Na rzecz budowy domu ludowego urządzono w Sietnicy powiatu gorlickiego uroczystość dożynek, które zgromadziły licznych uczestników z okolicznych wsi. W uroczystości wzięło także udział kilku zabijaków z Moszczenicy, którzy o zmroku z błahego powodu wszczęli piekielną awanturę. Przyszło do walki na noże, w której pokaleczono ciężko gospodarza Ch., nie licząc licznych obrażeń po obu stronach. Wreszcie atakujący wyparli obrońców z majdanu do gospody, w której powybijali wszystkie szyby. Po chwili rozległy się strzały rewolwerowe, na które odpowiedziano również strzałami, nie raniąc na szczęście nikogo.

Awanturnicy oddalili się i na drodze wszczęli między sobą awanturę, kalecząc się ciężko. Nazajutrz rodzice awanturników wynagrodzili szkody materyalne. Śledztwo w toku.

1929


Z Gorlic donoszą nam: W dniu 1 maja Br. Stało się miasto Gorlice widownią niezwykłego wypadku.
Około godziny 11 przed południem dał się słyszeć straszny huk, który wstrząsnął murami całego miasta. Ludzie powybiegali na ulice w panicznym strachu, nie wiedząc, co się stało. Za chwilę w stronie zachodniej miasta ujrzano duży czarny słup dymu. W tamtą stronę skierowano kroki. Wkrótce sprawa się wyjaśniła.
Tuż obok cmentarza chrześcijańskiego rozbierano od kilku dni resztki murów domu Honoraty Kostkiewiczowej, zburzonego jeszcze w okresie wojny. Podczas pięciomiesięcznych walk pozycyjnych pod Gorlicami w latach 1914/1915, aż do chwili przełamania frontu rosyjskiego w dniu 2 maja 1915 roku, cmentarz chrześcijański w Gorlicach, otoczony wokoło murem, stanowił główną redutę obronną wojsk rosyjskich. Toteż na cmentarz ten kierowane były stale lufy armat austrjackich, a później niemieckich. Setki i tysiące granatów różnego kalibru pruły ziemię cmentarną i jej najbliższą okolicę, niszcząc wszystko dokoła. Wówczas to uległ zburzeniu także dom Kostkiewiczowej i do tej pory leżał w gruzach.
Obecnie przy usuwaniu jego resztek robotnicy natrafili na 18-centymetrowy granat austrjacki, który zarył się głęboko w ziemię, lecz wówczas nie wybuchnął. Przeleżał w ziemi 15 lat w stanie nieuszkodzonym, nie utraciwszy nic ze swojej siły wybuchowej. Robotnicy granat porzucili, nie doniósłszy o swem odkryciu władzom.
Drugiego czy trzeciego dnia po odkopaniu, granat dostał się w niewytłumaczony na razie sposób do rąk umysłowo chorego syna Kostkiewiczowej Edmunda, który wpadł na „kapitalny” pomysł. O kilkanaście kroków od burzonego domu rozniecił ognisko i wrzucił w nie granat. Na tyle miał jeszcze świadomości, iż wybuch może go zabić, więc wiedziony instynktem samozachowawczym, ukrył się za stosem cegieł, ustawionym o jakich 20 kroków od ogniska i tam czekał na wynik.
W chwilę potem straszny wybuch 18-centimetrowego granatu wstrząsnął powietrzem, od siły wybuchu wyleciały wszystkie szyby w oknach okolicznych domów.
Siła wybuchu zwróciła się w kierunku wschodnim ku miastu, na które padło mnóstwo większych i mniejszych odłamków rozdartego grantu. Na dach gmachu gimnazjalnego, oddalonego o 500 metrów od miejsca katastrofy, spadło kilka kawałków rozerwanego granatu w chwili, kiedy młodzież szkolna pod kierunkiem prof. P. Dziepka i w obecności dyrektora P. Prokopk odbywała na boisku szkolnem naukę gimnastyki. Nie wiedząc, czy nie nastąpią dalsze wybuchy, natychmiast polecono młodzieży ukryć się wewnątrz gmachu szkolnego. Znacznej wielkości odłamki granatu znaleziono nawet obok garażu Rady Powiatowej, oddalonej o kilometr od miejsca wybuchu. Na szczęście obyło się bez ofiar w ludziach.
Sam sprawca nieszczęścia uniknął niechybnej śmierci tylko dzięki ukryciu się za stosem cegieł. Stos ten pod parciem prądu powietrza wywrócił się, a spadając cegły potłukły nieco szaleńcza, który dopiero wówczas począł uciekać.
Przytrzymany przez policjanta drżał, blady jak chusta. Przy badaniu oświadczył, że ten granat wystrzelił na 1 maja, a na 3 maja ma jeszcze ukryty drugi większy granat. Mówił też, że poprzedniego dnia miał zamiar granatem tym wypłoszyć szczury w hotelu Starka. Nawiasem trzeba dodać, że hotel Starka leży w centrum miasta w gęsto zabudowanej dzielnicy. Nieszczęsnego szaleńca, który mógł się stać przyczyną daleko groźniejszej w skutkach katastrofy, postanowiono umieścić w zakładzie dla obłąkanych.
W mieście Gorlicach jeszcze około 40 proc. budynków leży w gruzach od czasu wojny światowej. Któż odgadnie, ile jeszcze podobnych niebezpiecznych niespodzianek kryje w swoich ruinach to tak ciężko stopą wojny dotknięte miasto, należące do rzędu największych pobojowisk świata!

Skąd się wziął na torze? Na torze kolejowym w Szczakowej znaleziono Michała Tulana z Wysowej pow. Gorlice, ze zmiażdżoną nogą w kostce oraz odciętą stopą. Tulena stracił przytomność tak, iż nie można  go było wypadać, czy zachodzi tu nieszczęśliwy wypadek, zbrodnia, czy zamach samobójczy.    

Na jadącego 1-konną furmanką Józefa Mruka, drogą powiatową Gorlice-Siary, najechał autem Mieczysław Augustyn. Auto uderzyło w tył wozu, skutkiem czego znajdujący się we wozie Feliks Kun, lat 71 z Moszczenicy spadł i dostał się pod koła samochodu. Kun poniósł śmierć na miejscu. Szofera władze policyjne po porozumieniu się ze sędzią śledczy, pozostawiły na wolności.

Nieznani sprawcy włamali się przez wybicie szyby w oknie do domu Stefana Klimczyka rejenta w Bieczu, pow. Gorlice. Sprawcy przecięli druty od telefonu, splądrowali całe mieszkanie i wyrzucili na pole przez okno kasę ogniotrwałą, ważącą około 800kg. Kasą tę rozpruli następnie rakiem, nieznaleźli jednak gotówki żadnej, a zabrali tylko książeczkę wojskową na nazwisko poszkodowanego, książeczkę oszczędnościową na kwotę 150zł. I czerwony ceratowy portfel. Sprawcy rozpruli kasę w formie litery „U”. Szkoda wynosi około 150zł. Sprawców było czterech, w tem jedna kobieta.


1930

Napad w Harklowej
W Harklowej, pow. Jasło, 28-letni Jan Stój napadł na własnego ojca, 63-letniego Jakóba ze Strzeszyna z nożem w ręku, grożąc mu zamordowaniem, jeżeli nie odda mu posiadanych przy sobie pieniędzy. W czasie szamotania się wyrodny syn oberżnął ojcu kieszeń z pieniądzmi, których było 150 zł. Przyjemnego syna policja schwytała.

Morderstwo w Libuszy
W Libuszy, pow. Gorlice, Antonina Konieczna do spółki z 37 letnim Aleksandrem Ziębą, zamordowała swojego męża Marka, 57-letniego gospodarza, poczem oboje podpalili dom celem zatarcia zbrodni. Zwłoki jednak na czas wyniesiono z palącego się domu a zbrodniarzy zamknięto.

1931

Podpalenie w Banicy - Nadesłane przez p. Aleksandra Gucwę
(Telefonem od naszego korespondenta).
W powiecie gorlickim w Banicy wybuchł pożar w zabudowaniach gospodarza Kuca z podpalenia. Tło podpalenia jest niezwykłe. Mianowicie późnym wieczorem do mieszkania Aleksandra Giebury w Banicy przybyła, prosząc o nocleg, Julja Kwoczka, która przyniosła ze sobą swego nieślubnego synka. Gdy domownicy spali. Kwoczka wyszła z domu Gieburów i udała się do sąsiednich zabudowań, należących do Dymitra Kuca i podpaliła je. Na szczęście ogień na czas spostrzeżono i zlokalizowano.
W toku dochodzeń wyszło na jaw, że Kwoczka dokonała podpalenia z zemsty, bowiem brat Dymitra Kuca utrzymywał z nią bliższe stosunki, owocem których miał być właśnie nieślubny syn. W ten sposób chciała się zemścić na rodzinie swego kochanka, który ją porzucił. Dokonawszy podpalenia, zbiegła. Policja czyni za nią poszukiwania




1933.

We wsi Pętna pow. Gorlice, rozegrała się jakaś tajemnicza tragedja, której bliższe szczegóły na razie są nieznane. Mianowicie w jednej z szop, stojących samotnie na polach pętniańskich znaleziono zwłoki 24-letniej Eufrozyny Ciok, oraz jej 7-miesięcznego synka.
Wstępne śledztwo wykazało, że denatka została zamordowana strzałem, oddanym z broni palnej. Synek jej zmarł wskutek zamarznięcia. Dalsze śledztwo w tej tajemniczej tragedji w toku.


Z Przeczycy piszą nam: Niewyśledzeni na razie sprawcy dokonali niezwykle  śmiałego włamania do kościoła parafjalnego w Przeczycy, pow. Jasło, skąd skradli złotą koronę z statuy N.M.P., oraz koronę Dzieciątka Jezusa i berło, wartości kilkunastu tysięcy złotych.
Koronacja N.M.P. w Przeczycy była głośną w r. 1926 i odbyła się w obecności dziś już ś. P. biskupów Fiszera i Wałęgi, oraz licznej rzeszy duchowieństwa i niezliczonych tłumów tak parafjan, jak pątników. W tymże czasie odbyła się i koronacja N.M.P. w Wielkich Piekarach na Śląsku.
Po parugodzinnym pościgu chłopi złowili, jako podejrzanego o kradzież świętokradczą, niejakiego Skibińskiego z Kołaczyc, z zawodu kominiarza, którego widziano w kościele w tym dniu, a który niedawno wrócił z więzienia w Tarnowie, gdzie odsiadywał 2 i pół roczną karę za usiłowane morderstwo z rabunkiem.


Z Jasła donosi (M.D.): We czwartek w godzinach przedpołudniowych, w czasie dokonywania egzekucji przez egzekutora urzędu skarbowego w Jaśle, p. Marjana Brandysa, u Mendli
Kurzmann w Żmigrodzie, syn jej, Dawid, głuchoniemy, rzucił siekierę z odległości 3 kroków, raniąc egzekutora ciężko w głowę.
Sprawca po dokonaniu czynu zbiegł, lecz został ujęty we wsi Pielgrzymce koło Żmigroda i osadzony w aresztach sądowych w Żmigrodzie do dyspozycji prokuratorji w Jaśle.

Ofiarę napadu przewieziono w stanie ciężkim do szpitala powszechnego w Jaśle.


1934.


Nieznany opryszek wtargnął do plebanji w Turzy pow. Gorlice i rozpoczął plądrować mieszkanie. Przebudzonego ks. proboszcza Majewicza sterroryzował rewolwerem i skradł drobną gotówkę i zegarek.

Od dłuższego czasu na terenie powiatu gorlickiego, tarnowskiego i nowosądeckiego grasował rzekomy „lekarz”, któremu wystarczało jedno spojrzenie na chorego, aby podać trafną diagnozę i zapisać skuteczne lekarstwo (?!).
Sława jego nagle zgasła, bo oto policja onegdaj w nocy wkroczyła do domu gospodarza Wojciecha Kochana w Gródku, pow. Gorlice, gdzie ukrywał się „cudowny lekarz” i mimo stawienia policji oporu i próby ucieczki, został ubezwładniony i przewieziony do aresztów sądu grodzkiego w Gorlicach. Tutaj odpokutować musi dłuższą karę za nielegalne wykonywanie praktyki lekarskiej.
Okazało się bowiem, że „cudownym lekarzem” jest Wilhelm Sieroński z Szarlocina, pow. Świętochłowice, z zawodu maszynista i był poszukiwany przez władze sądowe za wiele podobnych sprawek.

Onegdaj jechał z miasteczka Żmigrodu, pow. jasielski, młody kupiec Lesie Engel furmanką do Jasła, by udać się pociągiem nocnym do Lwowa w sprawach handlowych. Gdy o godz. 10-tej w nocy dojeżdżali do wsi Zarzecze, został napadnięty przez kilku bandytów, którzy zadali mu liczne uderzenia kołem w głoę, tak, że doznał pęknięcia czaszki i zrabowali mu 2.000 zł. Woźnica został tylko lekko poturbowany. Bandyci, korzystając z ciemności zbiegli, a ofiarę bestjalskiego napadu rabunkowego w stanie b. ciężkim odwieziono do Żmigrodu.

 Z Gorlic donosi (A.W): Gorlice mają też swego Maczugę i to aż w trzech odmianach. Autentyczne nazwiska Jan, Józef i Władysław Maczuga trzej bracia ze Sokoła tuż pod Gorlicami znajdującej się miejscowości. Józef Maczuga odsiaduje karę 13 miesięcy więzienia za kradzieże i inne przestępstwa. Zaś Władysław Maczuga godny następca Maczugi z Rzeszowskiego wraz z młodszym bratem Janem dokonali onegdaj na drodze napadu z rozbojem na powracających od pracy z Sękowej dwóch majstrów ciesielskich Michała Moskala i Franciszka Barę, którym usiłowali odebrać zarobioną gotówkę w kwocie kilkudziesięciu złotych. Na krzyk napadniętych nadbiegli Tadeusz i Michał Dziedzic, właściciele tartaku w Sokole z pomocą i ocalili majstrów, którym udało się gotówkę zatrzymać.
Obydwóch Maczugów policja przytrzymała i osadziła w aresztach sądowych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz