poniedziałek, 19 października 2015

Jadam z Zatora, Zamek Libusza. Powieść z czasów Leszka Czarnego - część II.

Część pierwszą można znaleźć TUTAJ

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Wysłany do wioski Zawiła wrócił, wiodąc z sobą kilkunastu młodych, żwawych górali. Zygwult uzbroił każdego, upoił miodem i wsiadłszy na konia, pociągnął za sobą zbrojną drużynę. Już znikli z oczu, a jeszcze długo tętęt koni dolatywał do ucha niespokojnością i rozpaczy szarpanej Rozalki; ucichł nareszcie, cisza nastała spokojna. Ale w sercu Rozalki nie było spokoju, ani ciszy.
Noc ta, najokropniejsza w życiu, zdawała się być także najdłuższą. Bo czas orle ma skrzydło, kiedy człowiekowi błogo, i w szybkim swoim locie wyrywa nam z objęcia naszego rozkosz, wesołość, i z nią ucieka; w utrapieniu przedzierga to skrzydło swoje na leniwą stopę żółwia, i wlecze się tak powoli i ciężko, jakby sam był obciążony tym smutkiem, który nas przygniata.
Zaświtał ranek. Rozalka siedziała w progu, tuląc swe dziecię do łona; niewiasty, jej służebne, gwarzyły między sobą, tym smutkiem pani zadziwione, bo snem ujęte twardym nie wiedziały co zaszło tej nocy. Tętętem koni zagrzmiał las. Nie wyszła chwilka, wyjechało kilku konnych. Byłto Zawiła; zeskoczył z konia i dążył ku pani, biegnącej na przeciw niemu, usiłującej coś przemówić, ale trwoga, ale przeczucie nieszczęścia, związało jej mowę:
„Zygwult! gdzie Zygwult!” zawołała zaledwie, i osłabła; służebne wsparły upadającą.
„Żyje!” przemówił sługa, „alić Bóg świadkiem, tyle was miłuje stary Zawiła, iżby wolał widzieć go na marach, wolałby sam pierwej legnąć w grobie, jak tej dożyć chwili, tej sromoty.”
„Co się stało? Powiedz!” słabym, zaledwie dosłyszanym głosem zapytała Rozalka.
„Już się stało,” odparł Zawiła.
„Przebóg! Cóż się stało?” pytała służebna jedna po drugiej, cisnąc się do starego sługi, który zamilczał, i rękawem szaty obcierał pot z czoła; po chwili temi się słowy odezwał:
„Lituję się nad wami, zacna niewiasto, i nad tem niemowlęciem, tem biednem… wspomniecie słowa starego Zawiły; na złe to wyjdzie jemu… nie ujdzie kary niebios; za grzechy męża, Bóg żonę i dziecko karać będzie. Ale już się stało; co przedsięwziął, wykonał szczęśliwie. Niesie wam oto rozkaz, ażebyście nie czekając chwili, na konia wsiedli, i na zamek spieszyli Libuszy. Zdobył go Zygwult wysiekłszy Siestrzemiła czeladkę. Wy, niewiasty, macie się zebrać co rychło i pieszo podążyć za panią. Spieszno, a ostrożnie, by po drodze nie nadymał was Siestrzemił, w którego ręce gdybyście się dostali, zrobiłby z wami to, co Zygwult z jego czeladką. Rozalka, słysząc te słowa, przyszła do siebie; bo nie przyszłość daleka, ale obawa spełnionego już nieszczęścia, dręczyła ją tyle. Chciała o więcej jeszcze pytać się sługę, lecz ten, naganiając do pospiechu, miasto odpowiedzi podał jej rękę i pomógł usiąść na konia, a obwinąwszy szerokim rańtuchem niemowlę, wziął na ręce, ruszył przodem; za nim Rozalka konno, niewiasty służebne pieszo.
Więcej godzinę jechali gęstym lasem; ten rzadsze już miał drzewo, rozstąpił się na wszystkie strony, i odsłonił widok na piękną Libuszy okolicę. Ranek był pogodny, rzeka Ropa ciągnęła się wzdłuż pół zielonych, jak zagon niebieski, dobiegając zaś pod Libuszę, niby zawojem błahym opasywała wzgórek krzewiną porosły, z którego liści, wyglądał zamek do skrzyni czworograniastej podobny, w którym okna okrągłe niby główki wbitych w nią żelaznych ćwieków, czerniły się rzędem. Przebyli rzekę; już pod bramą byli, gdy koń Rozalki, czy trwogą, czy wstrętem nieodgadnionym przejęty, stanął, i mimo chłosty i napędzania, progu bramy żadną miarą przestąpić nie chciał. Rozalka zsiadła z konia; Zygwult wybiegł jej na przeciw, i tajemną, niepojętą bojaźnią kołysaną, wprowadził do zamku opanowanego, i po kamiennych schodach, zawiódł do obszernej komnaty, której ściany blachami błyszczały, a ławy i stoły bogatemi pokryte były kobiercami.
„Rozalko! Widzisz, jam dotrzymał tobie słowa,” rzekł Zygwult, „jesteś panią zamku.”
„Ale znużona długą podróżą, legniej na miękkich Siestrzemiłowej puchach, a dziecię nasze kwilące, uspij w kolebce, z której wyrzuciłem Siestrzemiła niemowlę. Patrz, jeszcze ciepłe pieluszki… Nie płakało dziecko wynoszone z zamku, ale stara piastunka płakała i skomliła: „Biedna ja niewiasta, cóż ja teraz pocznę; kędyżto biedne zanieść niemowlę!” A jam jej odpowiedział: Idź babo do lasu na Słobodzie; jest tam wiązka zgniłej słomy dla matki, i kolebka próźna dla dziecka; i wytrącić kazałem z bramy; i odpędzić daleko od zamku -. Lecz przezco się nie radujesz ze mną Rozalko? I płaczesz?” to znowu do obecnego zawołał Zawiły:” I ty starcze zwiesiłeś łeb, sklepy stoją otworem; idź ,nalej pełno w gardło miodu; ale pilnuj czeladki, trzeba się mieć do obrony, bo Siestrzemił nie zaspi, i pokusi się o odebranie wydartego mu zamku; ale co Zygwult w garść pochwyci, nie puści, chyba mu rękę odetną.”
„Zeszle Bóg rękę,” przemówił Zawiła, „co waszą obetnie; wspomnicie słowa starego Zawiły. Odetną wam rękę, i wypadnie wam z garści zamek, jak liść odpada od uciętej gałęzi. Na złe wam to wyjdzie; stary Zawiła wiele już widział, i patrzał na wiele rzeczy. Za grzechem ludzkim idzie kara boska. Ach! Przyszła ona za grzechem rodzica waszego; wspomnicie słowa starego Zawiły.” To mówiąc sługa szedł z izby, krokiem powolnym, zasmucony.
Zygwult udał się do komnat dolnych, gdzie w licznem gronie zgromadzeni biesiadowali towarzysze jego nocnej wyprawy. Stali, uzbrojeni ciężko, gwarząc wesoło, dokoła dębowego stołu, na którym zastawiano dzbany z miodem, chleby i misy z mięsiwem.
Rozalka została sama w samotnem rozpamiętywaniu; zaglądała trwożliwem okiem w niepewną przyszłość, a przeczucie nieszczęścia szarpało jej łono, szepcąc jej ostatnie Zawiły słowa: Na złe to wyjdzie! I oglądała się trwożliwie po ścianach bogatej komnaty, dziecię swe kołysząc na ręku, jakby wzdrygała się jeszcze złożyć je w zrabowaneą kolebkę obcego dziecięcia.
Dzień schylał się do wieczora, nie było słychać o dziedzicu. Noc spokojnie przeszła. Równie spokojnie kilka upłynęło dni. Zygwult dzień i noc gotowy do dania odporu; spodziewanego nie mogąc się doczekać napadu, tuszył iż Siestrzemił, widząc niemożność zdobycia na powrót zamku, zaniechał tej myśli. Już spokojniej noce i dnie przepędzał, w towarzystwie gości, których hojnie raczył nabytkiem.
Piątego to wieczora Zygwult, niedźwiedziem nakryty kożuchem, leżał; niespokojne myśli odpędzały sen od powiek jego. W tem postrzegł na tle czarnem obłoków czerwoną łunę; odbitem od niej światłem rozwidniła się izba. Przelękły, odrzucił kożuch precz od siebie, na oboje zerwał się nogi, i szczeliną okienicy wyjrzał i zawołał: „Gore! Gore!”
W tejże samej chwili wbiegł Zawiła, i bawiący jeszcze w zamku goście potrwożeni, wyjąc tem okropnem słowem: Gore! Gore!
„Stogniewie!” rzekł jeden, „ w tej stronie wasze zamczysko. Ne dałbym sobie łba uciąć, jeżelito waszej żonie, nie zaświecił tak w oczy Siestrzemił?”
„Do pięciu ran najświętszych!” zajęczałn stogniew. „Żoławiec, mój zamek! Moje spichrze, moja żona. Boże wielki! Zmiłuj się nade mną. Konia, konia! Kto przyjaciel, ze mną! … Zygwulcie! Pioruny wszystkie niech biją w Libuszę. Bóg mię ukarze za pomoc, którą dałem sprawie grzesznej.” Przeklinając Zygwulta i żonę i dziecko, wybiegł z izby, wyjechał z zamku, i słychać było śród ciszy nocnej brzęk podków końskich, do kołatania dzwonka podobny.
„Zygwulcie! Zostańcie zdrowi,” ozwał się towarzysz drugi. „Siestrzemił ma rozum, w słabą stronę bije, ale my go nie mamy, że siedzema i hulama tutaj; dziedziny nasze i żony sieroty zostawiwszy same, a snadno napaść na dom i spalić, kiedy pan za domem.”
„Radźcie sobie sami; nam o sobie radzić teraz,” rzekł trzeci. „Wiecie, co starcy mówią: „Milsze oko moje, niż cudze oboje” To rzekłszy, pożegnali, odjechali.
Odurzał Zygwult, bacząc, co mu się dzieje, i w pierwszej chwili poddał się trwodze, co chwila większej nabierając wagi; zwątpił po raz pierwszy, azali podoła okolicznościom, ażali będzie sam w stanie odeprzeć Siestrzemiła, gdyby tej chwili do zamku szturm przypuścił? Zdumany, wstąpił do łożnicy Rozalki, i stanął przed jej łożem. Zawiła, wszedłszy za panem do izby, zatrzymał się w progu; ręce na krzyż założywszy, coś myślał, mruczał. Zygwult w śpiącą małżonkę wlepiwszy oko, cichym przemówił głosem: „Ona spi, tak spokojnie, tak swobodnie.”
„Kto spokojność ma w sumieniu,” odrzekł Zawiła, „ten ma sen spokojny. Rozalka nie napadała na obcą właściznę, nie skradła zamku – i wam Zygwulcie w własnej lepiance, sen by służył spokojny, w ukradzionym zamku nie ma snu, bo spokoju nie ma.”
Głos Rozalki zbudzonej przerwał tę mowę; spokojnym pytała się głosem niewiasta: „ Czy już świta? Bo taka jasność z nieba bije?”
„O Rozalko moja!” zawołał Zygwult, „wstań z łoża; nie czas teraz zalegać łoże: klękniej raczej przed obrazem Bogarodzicy, i módl się. Módl się za siebie, za dzieckiem naszem, za mną; moje myśli, obciążone zgryzotą i smutkiem nie podniosą się do niebios.”

Rozalka nie rzekłszy słowa, wstała postąpiła przed obraz, i ukląkłszy mówiła pacierz, cicho, nabożnie. Zygwult i Zawiła stali z daleka; milczenie panowało w izbie posępnej, której czarne ściany oblatywał połysk od łuny nieba odbity; zdało się, że posępna roześmiała się izba, jakby najgrawała się  ze smutku ludzi, nieprawych zamku mieszkańców. Po skończonej modlitwie, wstała Rozalka i do okna biegła. Niebiosa coraz większą gorzały łuną; snać, pożar nie zastygał, ale zwiększał się i rozszerzał; z po za szczytów lasu buchała jakby para gorąca, rozpryskując się po obłokach: „O Zygwulcie miły!” rzekła Rozalka, „czy ten pożar taką cię przejmuje trwogą? Mniemasz może, że wiatry do nas go zaniosą? Więc nie traćmy czasu, weźmy skarb nasz, dziecię nasze, i uciekajmy do naszej lepianki na Słobodzie, a będziemy dalecy od pożaru, będziemy bezpieczni, i dośpiemy do ranka spokojnie i swobodnie.” To mówiąc wzięła za rękę mężowską, i patrzała w oko męża, czekając odpowiedzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz