poniedziałek, 15 czerwca 2015

Jadam z Zatora, Zamek Libusza. Powieść z czasów Leszka Czarnego - część I.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Jadam z Zatora
Zamek Libusza.
Powieść z czasów Leszka Czarnego.

U stóp wysokiego wzgórza, gdzie dzisiajszemi czasy schludne domki składają się w małe, ale handlem ożywione miasteczko Ciężkowice; nie daleko rzeki Białej stało w trzynastym wieku nizkie, słomą poszyte domostwo. W tem miejscu samotnem, nieprzebytym lasem i niedostępnemi góry od świata przydzielonem, mieszkał onego czasu Zygwult, panek dzierżący łano wyrębu, na orne pole obróconego.
Zwierz wykradziony z lasu, od ziemi, źle odpłacającej rolnika prace, wyżebrane ziarno, i małe, kilku poddanych daniny, składały cały szczupły dochód dziedzica; którego ojciec był panem zamożnym, wysokie piastował urzędy i obszerne posiadał imiona. Atoli burzliwy z natury, stał się winnym ciężkiego przestępstwa; wyświecony z kraju za popełnione zbrodnie, dokonał żywota w tułactwie i nędzy; synowi swojemu zostawując imię tylko i pamięć dawnej imienia tego świetności.
Młody Zygwult, służąc królowi wojskowo, i w kilki potrzebach potykając się męznie; wyżebrał u tegoż ojcowskich posiadłości cząstkę jednę, wojtostwo Słoboda zwane; ale zamek Libusza, Zygwultowego imienia gniazdo, z komory królewskiej  przeszedł w dziedziczne Siestrzemiła, herbu Dołęga, skarbnika sandomierskiego.
Byłato noc jesienna i pochmurna roku 12…,w nizkiej i czarnej komorze, domu wyzej wspomnianego, spoczywała młoda Zygwulta małżonka, imieniem Rozalka. Przy jej łożu w kolebce leżało snem ujęte dziecię, i dwie służebne na ziemi, na słomie. Kury zaledwie po raz pierwszy się ozwały; z ciężkiego snu przebudzona, zerwała się Rozalka i głębokie z serca wydając westchnienie, smutny, poddała się myślom. Uspiona na chwilę tęsknota i niespokojność o męża od kilku tygodni nieobecnego, obudziła się na nowo, i jęła trapić czułe i troskliwe serce niewiasty.
Cisza była w izbie; o czujne ucho Rozalki obił się jakiś szelst głuchy, i posłyszała szeptanie rozmawiających na podwórzu osób coraz głośniejsze. Dręczona niepokojem powstała z łoża, i do okna zaledwie  jednym zbliżyła się krokiem; poznała głos Zawiły, włodarza pańskiego, i drugi głos, milszy, głos męża.
„Zygwult! mój Zygwult powrócił!” zawołała i ku drzwiom biegła. Odchyliły się drzwiczki, i cichym, wolnym krokiem wstąpił do izby Zygwult. Księżyca światło przez okna szczelinę wciskając się do izby, oświecało rycerza postać, i twarz jego bladą, pomieszaną.
„O witaj, witaj mój miły!” wołała biegnąc naprzeciw męża. „Tak długoś bawił, tak późno wracasz; jam tęskniła za tobą. Ale powiedź, co tobie? Czemu tak niespokojnym  ciebie widzę? Drzę z obawy, rozdzierającej me serce. Powiedz, mój miły!”
„Bądź dobrej myśli, i nie miej trwogi, a miej cierpliwość do jutra; jutro dowiesz się o wszystkiem. Z wschodzącem słońcem zejdzie tobie szczęście, na które w nocy jeszcze popracować mi trzeba. I temu to jam rad był zachować wszystko w tajemnicy, dopóki przedsięwzięcia mego nie przywiodę do skutku, i nie mówić, dopokąd nie będę mógł powiedzieć tobie: Żono moja! Jesteś panią bogatą, jesteś zamku dziedziczką.” Rozalka zwróciła na męża spojrzenie, w którem zadziwienie się malowało, niepokój i trwoga.
Gdy mówić przestał, płaczliwym głosem jęła go prosić, by ją zostawił w ubostwie, w lepiance ubogiej, dodając: „Do szczęścia nie potrzeba zamku; najwyższe, jakie ziemia dać może szczęście, zakwitnęło mi przy boku twoim, w tej naszej nizkiej chacie. Zostańmy, czem jesteśmy; z odmianą pomieszkania, może się nasze odmienią losy; może odmienią na gorsze…”
„Niewieściato gadka,” odrzekł Zygwult, „tobie miła Rozalko, wzdrygać się… drzy słabiuchna myśl twoja, kieby liść osiki za lada pociągiem wiaterka. Ale mnie, burza, mnie wojna nie widziała drzącego, ani wahającego się; temu spij, spij kochanie, nie pytaj, nie badaj, co dzisiejszej przedsiębiorę nocy; noć to będzie burzliwia, ale następna wynagrodzi mi to hojnie, i miło mi będzie zasypiać, gdy się upoję miodem ze sklepów Siestrzemiła, tego nieprawego dziedzica zamku Libuszy; zamku przodków moich!”
„Wielki Boże!” zawołała Rozalka. „Zgaduję twoje zamiary.”
„Być może, iż odgadłaś to, com wypowiedzieć przed tobą nie miał chęci. Tak, dziś w nocy jeszcze napadnę i zdobędę zamek ojca mojego.”
„O Zygwulcie! Upamiętaj się, jakażto myśl szalona wstąpiła do głowy twojej? Zginiesz marnie; zostawisz Rozalkę i dziecko sierotą; porzuć te myśli burzliwe, te zamiary grzeszne. Na Boga cię zaklinam, nie narażaj twego życia, twojej sławy…”
„Słów tych nadto,” odpowiedział spokojnie Zygwult; „znasz Zygwulta? To, co przedsiębierze, to wykonywa. Pomszczę się krzywdy dawnej i nowej, i prędzej zamek Libuszy z swojego spadnie pagórka, i w Ropę się potoczy; niźli włos jeden z głowy mojej spadnie, i ty jednego z twoich lnianych stracisz włosków; a jutro rankiem czesać i trefić je będziesz w komnacie Siestrzemiłowej, przed blaszką źwierciadlaną, w której swoje własne obaczysz oblicze… O mnie bądź spokojną; Siestrzemiła nie ma w domu; wyjechał z całym dworem na gody weselne na dwór Radzisława -. I ja tam byłem, lecz przeklinam tę stopę, która mnie tam poniosła; doznałem krzywdy, niesłychanej krzywdy… pomścić się słuszna! Słuchaj mię, powiem ci w krótkości wszystko, nim wysłany do wioski Zawiła powróci z gromadą… tę uzbrojem, na konia wsadzim i polecim; bo spieszyć mi się trzeba. Siestrzemił rankiem wróci do domu. Otóż słuchaj:
„Przejeżdżając przez Moderówkę, Radzisława dziedzinę, stanąłem tam popasem; alić przybieżął do mnie posełek Radzisław, wzywając, bym był gościem u niego na godach; boćto zrękowiny córy z młodym Garnyszem. Więc szedłem na zamek. Siła tam szlachty już było i wielu dobrych moich przyjaciół. Półśnie wybiło, zasiedliśmy do obiadowego stoła, wedle starszeństwa i godości. Lecz zaledwie zabraliśmy się do misy, drzwi się otwarły i wszedł Siestrzemił z żoną. Zrobiono dla Siestrzemiłowej miejsce na ławce, obok Radzisława córy, Siestrzemiła w końcu stołu usadowić chciano. Ale Siestrzemił miejsca tego zająć nie chciał, i odezwał się z tem, iż woli nie siedzieć przy stole, jak na miejscu pośledniejszem od tego, które ja zająłem, i jął się użalać na Radzisław, iż taką wyrządza krzywdę dziedzicowi zamku Libuszy, sadowiąc go niżej od Zygwulta, panka na jednej grzędzić. Powstał gwar; jedni stawali za mną, drudzy przeciw mnie; a Siestrzemił, podszedłszy mię zdradziecko, chwycił za szatę moję i zciągnął mię  z ławy. Z gniewu straciłem przytomność, a wróg, korzystając z pory, przysiadł moje miejsce, i obiema rękami chwycił i trzymał się stołu. Podnosząc się z upadku, dobyłem miecza i łeb przeciwnika mego byłby poszedł pod ławę; ale kilku z sług jego przyskoczyło, miecz mi wydarło.
- Wściekły w gniewie wyszedłem z izby; za mną kilku dziarskiej szlachty. Tam w gospodzie odbyliśmy radę. Poprzysiągłem się pomścić, przyjaciele poprzysięgli mi pomódz, i oto czekają tam nad Ropą z ludźmi swemi.”

„ Z ich pomocą dokonam swego, dokonam!” dodał zgrzytając zębami. „Jak mi żywot, jak mi żona  moja i to dziecko miłe, zemszczę się mej krzywdy, i zamek, który był siedzibą przodków moich, moją kolebką, odzyskam, zdobędę… Bądź zdrowa Rozalko! Bądź zdrowa do ranka. W chatce dzisiaj jeszcze żegnam ciebie; jutro powitam w zamku!” To mówiąc wybiegł z izby; bo posłyszał na podwórzu tętent pędzących konnych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz