poniedziałek, 29 lutego 2016

Rafinerya nafty w Gliniku maryampolskim - notatka prasowa z roku 1916.

Rafinerya nafty.





Rafinerya nafty galic. Karp. Towarzystwa naftowego w Gliniku maryampolskim – tuż pod Gorlicami – prosperuje obecnie zupełnie normalnie. Zniszczone granatami i rabunkiem oddzielne części fabryczne ( gisernia, parafialnia, odlewania, ślusarnia, bednarnia i t. d. ) przyprowadzono już do dawnego stanu, których szkody wynosiły miliony. Po częściowym naprawieniu szkód, fabrykę obecnie rozszerzono. Przybyły dwa nowe kominy fabryczne, hale, kolejki poruszane elektrycznością do przewożenia żelaza. Wszystko poruszane elektrycznością jest w ruchu dzień i noc.

piątek, 26 lutego 2016

Wysowa - artykuł prasowy z roku 1932.

  

Wysowa. - Kolumnada przy zdrojach.
Wysowa. 

Stare, pogańskie jeszcze wierzenie ludowe głosi, że u kolebki noworodka jakieś niewidzialne wróżki odprawiają swoje czary i dają przez nie dobre lub złe losy. Przy narodzinach wysowskiego zdrojowiska nie było dobrych wróżek. Cała 50–letnia historja zakładu składa się na obraz samych prawie niepowodzeń. Mimo bardzo dobrych warunków klimatycznych, bezsprzecznie wartościowych i skutecznych wód leczniczych i mimo uznania tych walorów przez sfery lekarskie, nie mogła Wysowa wyjść z kręgu zdrojowisk o znaczeniu prawie że czysto lokalnem. Za właścicieli miała ludzi, rozporządzających bardzo niedostatecznymi zasobami finansowymi, a znaczna odległość od linji kolejowych nie zachęcała nikogo do tworzenia w zdrojowisku odrębnych przedsiębiorstw przemysłowych. Ale jednak były tam przed wojną i łazienki kąpielowe i skromne domy mieszkalne z pokojami na wynajem dla gości zdrojowych. Przyszła wojna i zniszczyła to wszystko. Znalazło się wprawdzie grono, złożone przeważnie z lekarzy, które, nabywszy źródła z przyległymi do nich gruntami, zajęło się odnowieniem zakładu, ale i ono nie rozporządzało dość wielkim kapitałem. Roboty ograniczyły się na gruntownej rekonstrukcji ujęcia źródeł i na zbudowaniu domu administracyjnego. Nie stało już zasobów na wzniesienie łazienek i na budowę bodaj paru domów mieszkalnych. I Wysowa czeka znowu, jak ongiś, na lepsze czasy, aby się rozbudować i stać się uczęszczanem zdrojowiskiem. Czekanie na to nie powinno wszakże przeszkadzać innej rzeczy – eksploatacji źródeł i eksportowi leczniczych wód kruszcowych. Jedną z nich, wodę ze zdroju „Słony”, wprowadzono już przed paru laty na rynek handlowy. Ale mimo bardzo korzystnych sprawozdań lekarskich o jej skuteczności w nieżytach dróg oddechowych i w schorzeniach przewodu pokarmowego nie rozpowszechniła się dotychczas tej mierze, w jakiej się to stać było powinno. Przyczyna leży niewątpliwie w braku należytej propagandy, a zapewne także w braku dobrej organizacji sprzedaży. Jest wyśmienity materjał – niema ludzi, któryby niego uczynili handlowy towar i źródło bardzo poważnego dochodu. Tyle do wiadomości fachowych sfer przemysłowo–handlowych. 


Wysowa. - Motyw z parku.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Co jeść w razie głodu - artykuł prasowy z roku 1917.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.



Co jeść w razie głodu.

Władze, zajmujące się sprawami żywnościowemi w państwie, poleciły niedawno do jedzenia młodą koniczynę jako rzekomo bardzo dobrą jarzynę. Oprócz liści młodej koniczyny nadaje się do jedzenia, jak to stwierdza p. Juliuszowa Albinowska, znakomita znawczyni tych spraw – cały szereg dziko rosnących wiosennych zwłaszcza roślin, uważanych u nas powszechnie za chwasty. Rośliny te nie zastąpią wprawdzie w zupełności naszych ogrodowych warzyw, ale przy braku lub niedostatku takowych, dadzą się doskonale użyć jako warzywa, tem bardziej, że w innych krajach, szczególnie we Francyi, od bardzo dawna są jako takie używane i bardzo cenione. Przytaczamy poniżej dotyczący artykół p. Albinowskiej z „Kuryera Lwowskiego”:
„Pominąwszy wiele innych, które łatwo z powodu podobieństwa mogą być z niejadalnemi, albo nawet szkodliwemi pomieniane, przytoczę tu pewne i łatwe do rozpoznania rośliny. Jednak podnoszę przytem, że należy się ograniczyć tylko do młodych, świeżych roślin, bo starsze tracą na smaku.
Do roślin tych, jadalnych teraz, należą:
1)      Mączyniec (komosa strzałkowata) w różnych okolicach rozmaicie też nazywana i u nas rozpowszechniona. Rośnie na rumowiskach, przy polnych drogach, blisko domów, stajen i t. p., do użycia od wiosny do lata.
2)      Pokrzywa zwyczajna, powszechnie znana. Listki młodziutkiej rośliny przyprawia się jak szpinak. We Francyi i Szwajcaryi jarzyna ta bardzo jest w użyciu. W gotowaniu parzące własności liści zanikają. Łodygę jako cenny materyał włóknisty, należy oszczędzać obrywając tylko młode liście.
3)      Mlecz, u nas roślina nadzwyczaj rozpowszechniona, obecnie o pełnym a znanym żółtym kwiecie. Kwitnie od kwietnia do czerwca. Do użycia i przyprawy jako sałata albo jarzyna. Młode, świeżo zebrane i opłukane listki rzuca się na posoloną wrzącą wodę, gotuje w niej przez pół godziny i odcedza. Gdy ostygnie sieka się i przyprawia jak szpinak. Co do mlecza rozpowszechnione są właśnie u nas dziwne a błędne przesądy.
4)      Szczaw pospolity, u nas od najdawniejszych czasów w użyciu bardzo rozpowszechniony i w wielkiej obfitości. Da się użyć też jako szpinak lub sałata, jednak nie nadmiernie, bo w nadmiarze sprowadza biegunkę. Dobrze go też zmieszać ze szpinakiem, którego smak bardzo poprawia. Praktycznem jest także teraz na wiosnę nasuszyć większą ilość młodych listków. Przedtem należy listki starannie wypłukać. Na czystej płachcie rozpostarty szczaw suszy się w cieniu. Po wyschnięciu przeciera się go przez sito, a przechowuje w słoju w suchem miejscu aż do nowego zbioru. Używa się go jak świeżego.

Szczaw sterylizowany ( wyjałowiony). Szczaw obrany i dobrze wypłukany należy posiekać i zagotować, w osolonej wodzie, ciągle mieszając. Potem odcedzić, a gdy ostygnie, układać w małe słoiczki, zawiązać papierem pergaminowym, wstawić do garnka z zimną wodą i gotować 15–20 minut, licząc od zagotowania wody. Używa się go jak świeżego.
5)      Koniczyna polna i liście z rzodkiewki przyprawia się jak zwykły szpinak.



Doskonałą jarzynę da się też uzyskać, mieszając liście młodej lebiody, pokrzywy i z młodej kapusty, a przyprawiając jak zwykle szpinak.  

Kuchnia wojenna

Głód od zawsze był nieodłącznym elementem wojny. W dawniejszych czasach często za jego pomocą zmuszano do kapitulacji zamki, twierdze czy miasta. W XX wieku ze względu na zmianę charakteru wojny, która stała się wojną totalną na wyniszczenie, zjawisko to zaczęło dotyczyć całych społeczeństw krajów biorących udział w konfliktach zbrojnych.  
Kuchnia wojenna, jak sama nazwa wskazuje, jest kuchnią którą da się przygotować w ciężkich, wojennych czasach, a więc przy niedoborze podstawowych produktów spożywczych. Są to przepisy niejednokrotnie dziwne, z wykorzystaniem składników, które w obecnych czasach zdają się nie mieć wiele wspólnego z gotowaniem, jednak dla cierpiących głód ludzi mogły one być jedynym sposobem na uratowanie życia.

Receptury, które zaprezentujemy w tym dziale w większości pochodzą z ukazującej się podczas wojny prasy. Nie są one co prawda wybitnie regionalne, jednak głód też nie był wtedy zjawiskiem regionalnym.

* Marmolada ze śledzi- artykuł prasowy z roku 1915.
* Oszczędny sposób gotowania kawy - artykuł prasowy z roku 1916.
* Co jeść w razie głodu - artykuł prasowy z roku 1917.
* Jarzyny wojenne - notatka z roku 1918.

piątek, 19 lutego 2016

Z okupacji rosyjskiej w Żmigrodzie - notatka prasowa z roku 1915.


Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.



Żmigród.
Rosyanie gospodarowali w Żmigrodzie pół roku i dali się ludności we znaki. Po wsiach postępowali tak samo jak w mieście, to znaczy grabili, co się dało. Oszczędzali jedynie wsie ruskie, znane z moskalofilstwa. Brakowało im stale mięsa, soli, tytoniu, odzieży i obuwia. Na ogół jednak miasto nie cierpiało głodu.- Uciekając, Rosyanie zostawili masę wozów z mąką, paki z cukrem i herbatą. Ze Żmigrodu wywieziono notaryusza, jako niebezpiecznego Polaka. Żmigród został uwolniony dnia 5 maja o godzinie 1 w południe.


poniedziałek, 15 lutego 2016

Klęska powodzi w powiecie gorlickim - rok 1918.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.





Klęska powodzi.
Katastrofa żywiołowa w Gorlickiem i Grybowskiem.
Powiat gorlicki i znaczna część powiatu grybowskiego, jak nam stamtąd donoszą, padły ofiarą katastrofy, która musi pociągnąć straszne skutki. Przez dwa tygodnie deszcz leje tam jak z cebra. Pszenica zrosła zupełnie. Jęczmień wprost stracony. Owies, jeśli dłużej poleje, też zrośnie. Na polach wprost gnój się zrobił, gdyż żyto w kopach i na pokosach całkiem pogniło.
Takiej klęski od najdawniejszych lat nie pamiętają w tych stronach!
Z obydwu tych powiatów nie będzie mógł rząd wziąć ani kwarty zboża, przeciwnie, musi dostarczyć ludziom zboża zarówno na siew, jak i na żywność.
Klęska jest wprost straszna!

piątek, 12 lutego 2016

Kurs szycia i robót koronkarskich w Czeluśnicy - artykuł prasowy z roku 1920.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Kurs szycia i robót koronkarskich w Czeluśnicy.
Staraniem miejscowego kier. Szkoły, p. Władysława Kasprzyka, urządziła krajowa szkoła koronkarska w Zakopanem 3 miesięczny kurs szycia i robót koronkarskich dla dziewcząt w Czeluśnicy (powiat Jasło).

Dnia 9. maja b.r. odbyło się zakończenie kursu, połączone z wystawą wykonanych robót podczas kursu. 29 uczestniczek kursu przygotowały w tym czasie do wystawy 52 wzory robót igiełkowych i 43 sztuki bielizny tak damskiej jak i męskiej, ubrań dziecięcych, poszewek na poduszki i kompletnych garniturów kobiecych. Przybyli licznie goście na wystawę, zachwyceni byli wykonaniem robót. Tak to dobre chęci i zrozumienie sprawy wydały znakomity rezultat 3 miesięcznej nauki. Dziewczęta w wolnym czasie zimowym oddawały się pożytecznej pracy, a korzyści z niej są w stosunkowo bardzo krótkim czasie – nieoczekiwanie duże.  

Uczennice kursu.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Malarstwo w gimnazyum jasielskiem - artykuł prasowy z roku 1908.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Uczniowie wraz ze swym nauczycielem artystą malarzem Kotowiczem przy pracy.
Malarstwo w gimnazyum jasielskiem

Na wskroś sympatyczny i kulturalnie wysoki objaw rozbudzania się wśród młodzieży szkolnej zamiłowania do sztuki, ilokrotnie się ujawni, ilekroć da znać o sobie szerszym warstwom naszego społeczeństwa, przynosi szczere zadowolenie i witany jest przez wszystkich dobrze myślących, z prawdziwą radością.
Sposobność do stwierdzenia takiego właśnie sympatycznego objawu dała wystawa akwarel i rysunków, prac uczniów gimnazyum w Jaśle.
Dzięki usilnym zabiegom i niestrudzonym staraniom dyrektora Józefa Słowińskiego, dalej inspektora radcy szkolnego Stefanowicza, wreszcie prowadzącego naukę rysunków w gimnazyum, zaszczytnie znanego artysty-malarza Apolinarego Kotowicza, postęp w rozwoju tej gałęzi nauki wzmaga się z roku na rok.
Uczniowie gimnazyum jasielskiego, uczęszczający na nukę rysunków, przedmiot nadobowiązkowy wprawdzie, ale traktowany przez nauczyciela i kierownika gimnazyum szczerze i serdecznie, tłumnie się garną do pracy w tym kierunku. Nauka prowadzona jest w ten sposób, że pobierający ją uczniowie podzieleni są na trzy oddziały, a każdemu z nich poświęcone są dwie godziny tygodniu. Lekcye odbywają się w zimie i w słotne dni reszty pór roku w przepięknej Sali, znajdującej się w budynku filii gimnazyum, Sali jasnej, dużej i świetlistej, bogato zaopatrzonej w meblowe rekwizyta, do odbywania nauki rysunków potrzebne. W lecie natomiast, na wiosnę i w piękne dni jesieni, uczniowie odbywają naukę na wolnem powietrzu, czyniąc pod przewodnictwem swego nauczyciela liczne wycieczki zarówno w mieście jak i jego uroczej okolicy, gorliwie chwytając i przenosząc na płótno i papier, ołówkiem, węglem, czy pędzlem, kształty i wrażenia przedmiotów z natury.
Wystawa prac uczniów przedstawiała się świetnie. U wejścia do sali wystawy, jak i w kilku oknach wystawowych w mieście widniały zapowiadające ją afisze, wykonane ze smakiem i artyzmem. Sala wystawy przedstawiała ściany gęsto a w artystycznym układzie dekorowane licznymi rysunkami i akwarelami, a nawet kilkoma obrazkami olejnymi. Przed okiem widza przewijały się w barwnej wstędze pejsaże i plastyczne studya. Wystawa dała prawdziwy obraz przebiegu pracy i jej wyników od pierwszych kroków uczniów, aż do prawdziwych dowodów zyskania umiejętności władania światłocieniem i kolorem. To też frekwencya zwiedzających wystawę, była bardzo znaczna.

Oby rezultat tej wystawy stał się zachętą dla szerszego poparcia tej gałęzi nauki naszej młodzieży we wszystkich wyższych zakładach naukowych w kraju. 

piątek, 5 lutego 2016

Akcja zalesienia Beskidu Niskiego rozpoczęta - artykuł prasowy z roku 1937.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Akcja zalesienia Beskidu Niskiego rozpoczęta.



(AW) Do najbardziej wylesionej części Karpat należy bezsprzecznie Beskid Niski. Na skutek fatalnej gospodarki, tam, gdzie niegdyś szumiały wielkie bory – dziś rozpościerają się nędzną trawą porosłe golizny z kępami skarłowaciałych drzew i jałowców. Wprawdzie dalsze trzebienie lasów w tych stronach nie ustało, ale zrobiono pierwszy krok w kierunku ochrony resztek lasu bodaj na jednym odcinku własności  gromadzkiej. Większość bowiem lasów na Łemkowszczyźnie w Beskidzie Niskim stanowi własność poszczególnych gromad, a dochód z nich jest główną pozycją w budżetach gromadzkich i gminnych.
Wydziały powiatowe w Gorlicach i Jaśle, sprawujące nadzór nad gospodarką gromad, doceniając znaczenie lasów, przystąpiły do planowej akcji w kierunku podniesienia gospodarki leśnej na terenie swoich powiatów. W związku z tem odbyły się w Śnietnicy w powiecie gorlickim, oraz w Krempnej i Nowym Żmigrodzie w powiecie jasielskim kursy oświatowe leśne dla gajowych, sołtysów i właścicieli lasów.
Poza usprawnieniem gospodarki i ochrony lasów gromadzkich, rozpoczęto również ożywioną akcję propagandową za zalesianiem golizn i nieużytków na Łemkowszczyźnie.
Odbyto kilka kursów leśnych przy licznym udziale włościan w Brunarach, Hańczowej, Izbach, Bielicznej, Świątkowej Wielkiej i Krempnej, pod kierownictwem leśnika inż. Wołkowicza. Rolnicy w tych stronach, którzy dobrowolnie zgłaszają gotowość zagospodarowania swoich nieużytków, otrzymują od powiatowych władz samorządowych w Gorlicach i Jaśle odpowiednią ilość sadzonek drzew leśnych i fachową opiekę leśnika. Nadto
Wydziały powiatowe w Gorlicach i Jaśle przy pomocy krakowskiej Izby Rolniczej przystąpiły do szkolenia specjalnych dozorów dla zalesień nieużytków.

Spodziewać się należy, że rozpoczęta po raz pierwszy w tym roku akcja zalesienia Beskidu Niskiego będzie z wzmożoną energją kontynuowana przez dalsze lata – aż do całkowitego rozwiązania problemu leśnego w tej części naszego kraju.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Maciej Bajorek, Pierwsza wojna światowa oczami żołnierza polskiego w armii austro-węgierskiej. Część VI.

Na podstawie wojennej korespondencji Jana Bajorka z Rzepiennika Suchego.

Jan Bajorek (po lewej) na froncie włoskim - rok 1917.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Dopiero po dwóch miesiącach, we wrześniu 1917 r.,  Jan zyskał sposobność na wysłanie listu do brata, Wojciecha. Jest to bardzo krótki list, z którego dowiadujemy się, że przez te 2 miesiące możliwość nadania i przyjmowania korespondencji była utrudniona. Jan pisał teraz z prośbą o nadesłanie mu wiadomości o aktualnej sytuacji w rodzinnej miejscowości. Sam nie posiadał żadnych, ważnych informacji, którymi mógłby się z rodziną podzielić.
W połowie października Jan zaadresował list do mamy, Wiktorii. Był on troszkę bardziej treściwy, ale nie można go w pełni odczytać. Mamy w nim widoczną ingerencję organu cenzuralnego, który większą część listu zamazał. Najprawdopodobniej Jan podał  informacje nieodpowiednie do przekazania rodzinie. W zamazanej części listu widoczny jest początek, z którego domniemywam, iż Jan zamierzał podać informacje o dokładniejszej dyslokacji jego jednostki wojskowej i przybliżonych planów zaczepnych na następne dni. Bez wątpienia szeregowy żołnierz nie miał dostępu do ważnych informacji o charakterze strategicznym i nie mógł się nimi podzielić.  Jednak z powodów wojskowych żadna, nawet najmniejsza informacja o dyslokacji i planach danej jednostki nie mogła zostać podana w liście czy jakkolwiek „wypłynąć” na zewnątrz. Po zamazanej części listu, Jan wspominał o tym, że nie był pewien swojego dalszego, wojennego bytu. Między wierszami daje do zrozumienia, że sytuacja na froncie jest bardzo niebezpieczna. Najprawdopodobniej jego jednostka brała, bądź będzie brała  w najbliższym czasie, udział w dużych działaniach wojskowych. Jan obawiał się, że może ich nie przeżyć. Jako gorliwy Chrześcijanin wierzył w boską opatrzność, która nad nim czuwa. Żadnych pakunków nie należało mu teraz wysyłać, gdyż  z powodów czysto wojskowych (zamazana część listu) nie może ich otrzymać. Prosił również o wysłanie mu szybkiej odpowiedzi i poinformowanie go o sytuacji w domu. Mówił o tym, że teraz nastała sposobność do częstszej korespondencji, z której byłby bardzo zadowolony.
Niedługo po Wszystkich Świętych Jan napisał do wcześniej wspomnianego już wujka, brata mamy, Jana Romana. Informował go, że aktualnie nie narzeka na problemy zdrowotne, które we wcześniejszych wojennych okresach dawały mu się we znaki. Wspominał po raz kolejny o przewrotności wojennego powodzenia, które do tej pory szczęśliwie mu dopisywało. Mówił o aktualnych warunkach pogodowych w miejscu stacjonowania. Na szczęście zimy i opadów śnieżnych jeszcze nie było, jedynie drobne przymrozki, które nie przeszkadzały żołnierzom w jakimś dużym stopniu. Sam ton i zawartość treściowa listu może znaczyć o tym, że był odpowiedzią na wcześniejszy list wujka do Jana. Jan doskonale orientował się w bieżącej sytuacji w domu i gospodarstwie wujostwa. Był świadomy również tego, że sytuacja aprowizacyjna w rodzinnej miejscowości nie była dobra, a sama pogoda też się dawała we znaki, bo zima zaczęła się szybciej niż zwykle. Szkoda, że możemy tylko interpretować listy Jana do poszczególnych członków rodziny, a tych do niego adresowanych nie można było zdobyć. 
W liście do mamy, Wiktorii z końcowych dni miesiąca listopada, niewiele się dowiadujemy. Jan dziękował za otrzymane kartki od różnych członków rodziny. Był z tego powodu bardzo uradowany i usatysfakcjonowany, gdyż przez dłuższy czas nie miał żadnych, większych informacji o sprawach w rodzinnym domu czy też w miejscowości. Sam pisał tylko o tym, że był zdrowy, nie miał prawa na nic narzekać, a powodzenie wojenne było niepewne.


List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
5 listopada 1917 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.

Najdłuższym i najbardziej treściwym listem z 1917 roku był ten wysłany z aktualnego miejsca stacjonowania jego kompanii, 5 listopada z Karyntii. Zaadresowany został do osoby najbliższej sercu strudzonego wojennym życiem Jana, do mamy, Wiktorii. Ów list był odpowiedzią na wcześniejszy nadesłany do Jana z rodzinnego domu. Nurtowały go kwestie zdrowotne najbliższych, gdyż zdarzenia wojenne były nieobliczalne i nie do przewidzenia nawet poza linią frontu. Był wręcz pełen utrapienia i strachu o rodzinę. Dłuższy czas nie otrzymywał od nich żadnych informacji, więc ta sytuacja wprowadziła go w spore zaniepokojenie. Wreszcie po paru miesiącach oczekiwania, otrzymał upragniony list i bezcenny pakunek, za który serdecznie dziękował. Opisał dokładnie zawartość tegoż pakunku. Zawierał on koszulę, gacie, kiełbasy, ciastko i czekolady. Na podstawie zawartości tej paczki można wywnioskować, że w tamtym okresie były spore problemy z podstawowym odzieniem dla żołnierzy. Bez wątpienia też miał wpływ na to fakt jesiennej pory roku, która wymagała solidniejszych, grubszych ubrań. Wraz z pakunkiem Jan otrzymał dodatkową kartkę od brata, Wojciecha. Z jej treści był szczególnie zadowolony, gdyż była najbogatsza w różnorakie informacje i szczegóły z rodzinnego domu.  Jan poinformował rodzinę, że jego kolega z kompanii i rodzinnej miejscowości, Knyblik, otrzymał czasową przepustkę z wojska i przebywa na urlopie. Dzięki temu zaistniała możliwość przekazania Janowi przez kolegę niezbędnych rzeczy. Prosił o przysłanie mu kilku kartek od poszczególnych członków bliższej i dalszej rodziny, w których szczegółowo dowie się o ich bieżącej sytuacji. Jan wspominał też o potrzebie dostarczenia mu pewnych ilości jedzenia, w tym szczególnie dwóch białych serów. Dodatkowo zwracał się z prośbą o zlecenie sąsiadowi, a zarazem jedynemu miejscowemu krawcowi, Klimkowi, „wyszycia” dla Jana morowych rękawic bez palców. Były one niezbędne przy bieżących pracach, które wedle rozkazu musiał wykonywać. Z powodu intensywności tychże prac ulegały one szybkiemu zniszczeniu, a bez nich trud wykonywanych czynności był zdecydowanie większy.  Jan byłby niezwykle uradowany i wdzięczny, gdyby ową prośbę udało się spełnić. Jedynie bielizny nie trzeba było mu dostarczyć, gdyż na jej brak nie mógł narzekać, a wręcz posiadał ją w ilości przewyższającej jego potrzeby.  Na tym kończyły się jego prośby o zawartość pakunku, który mu kolega dostarczy, gdy skończy swój urlop. Jan przypominał rodzinie, że istniała możliwość pobierania pewnych środków finansowych za jego udział w wojnie światowej i służbę w cesarsko-królewskiej armii. Był żywo zainteresowany tym, czy rodzina skorzystała z takiego przywileju.
Z korespondencji z wujem, Janem Romanem, można wywnioskować, że szeregowy Jan Bajorek był z nim bardzo związany. Pytał matkę o aktualną sytuację w domu wujostwa i jego gospodarstwie. Był zainteresowany posiadanym przez Jana Romana koniem. Jan pytał o kolegę z wojennej niedoli, Karasia, również zamieszkującego Rzepiennik. Od dłuższego czasu nie miał z nim żadnego kontaktu. Wyrażał obawę o życie kolegi i prosił o jakiekolwiek informacje na jego temat. Jan wzniecił niewielki promyk nadziei na rychłe spotkanie z rodziną, gdyż usilnie starał się o przepustkę na czas Świąt Wielkanocnych. Owszem, była to bardzo odległa czasowo perspektywa, ale szansy na, nawet krótki, powrót do rodzinnego domu nie należało zaprzepaścić. Jan był uradowany z faktu, że udało mu się odnowić korespondencyjny kontakt z kolegą, wspomnianym już Jaśkiem Hołdą. Pisywali do siebie często i na bieżąco informowali o swoich wojennych losach. Jan jako dobry i przykładny gospodarz wyrażał zainteresowanie kwestiami ekonomicznymi w rodzinnym gospodarstwie rolnym. Pytał o spłatę nadanego podatku dla gospodarstwa, który musiał być uiszczony w danym terminie. Chciał też otrzymać informację o ilości zabranego zboża. Każda rodzina musiała oddawać pewien kontyngent zbożowy na poczet należności dla Austro-Węgier. Wraz z biegiem wojny ta ilość się zwiększała i w coraz poważniejszym stopniu skutkowała zubożeniem chłopskiej ludności. Dla Jana kwestie te nie były obojętne i prosił o rychłą odpowiedź na zadane pytania. 
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
30 grudnia 1917 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka. 

W przedostatni dzień roku 1917 Jan zaadresował list do mamy, Wiktorii. Był on bardzo krótki, jednakże można znaleźć w nim kilka dokładnych, ważnych informacji. Oczywiście Jan wspominał o swoim, jeszcze dobrym zdrowiu i wojennej doli. Ważnym do odnotowania był fakt, że Jan przekazał list i pewien pakunek koledze z sąsiedniej, oddalonej kilka kilometrów od rodzinnego Rzepiennika miejscowości, który właśnie otrzymał krótki czasowy urlop i w pierwszych dniach nowego roku miał wrócić do domu. Jan nalegał, aby jak najprędzej się z nim skontaktować i odebrać list oraz pakunek od wspomnianego Witka z Marciszowy. Tym krótkim listem zakończyła się korespondencja szeregowego Jana Bajorka w 1917 roku.


Fragmenty pracy licencjackiej napisanej pod kierunkiem dr. hab. Dariusza Nawrota, obronionej w Instytucie Historii Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach w roku 2013.