środa, 30 grudnia 2015

Sprzeniewierzenie urzędnika w Gorlicach - rok 1903.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.



Sprzeniewierzenie urzędnika w Gorlicach
W Gorlicach w starostwie odkryto znaczną kradzież. Dyurnista Aleksy Kocko, który prowadził kasę podręczną starostwa, jeździł na komisje i ściągał różne należytości, sprzeniewierzył sporą sumę, jak niektórzy głoszą kilkanaście tysięcy koron. Złodziejowi pozwolono umknąć bezkarnie. Winę ponosi starosta, ponieważ nie kontrolował Kocki. Ciekawość, czy też starosta pokryje teraz skradzioną sumę. Należy pilnie baczyć, aby nie ściągano po raz drugi należytości z ludu.

Podpalenie w Wójtowej - rok 1903.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.



Podpalenie w Wójtowej
Z Wójtowej (pow. Gorlice), donoszą nam iż pewna kobieta od pół roku chora umysłowo, w nocy na 19. b. m. [marzec] położyła się spać w nocy jednak wstała, wzięła zapałki, wymknęła się cichaczem z domu i poszła do stajni. Tam wylazła na strych, podpaliła słomę, a następnie sama do niej się zapchała i spaliła się. Dom spłonął, konie i bydło uratowano.

Podpalacz w Jaśle - rok 1902.

zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.



Podpalacz w Jaśle
Już trzeci pożar mieliśmy tu w ciągu września, a palą się tam same stodoły z plonami. Dnia 10. bm. [wrzesień] spłonęły gumna plebańskie ze wszystkiemi zapasami. Podpalacza nie zdołano dotychczas wyśledzić. W mieście panuje przestrach tem większy, że jakiś zbrodniarz czy figlarz niegodny porozlepiał po murach kartki z zapowiedzią podpalenia całego miasta od razu ze wszystkich stron, a publiczność wmówiła w siebie, że miasto będzie spalone. Ostrożniejsi strzegą swych domów całemi nocami.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Maciej Bajorek, Pierwsza wojna światowa oczami żołnierza polskiego w armii austro-węgierskiej. Część V.

List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
23 lutego 1917 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Na podstawie wojennej korespondencji Jana Bajorka z Rzepiennika Suchego.

Na kolejny list rodzina musiała długo czekać. Jan przeniósł się ze swoją kompanią do Tyrolu. Stamtąd napisał dopiero 23  lutego 1917 roku, po długich czterech miesiącach bez korespondencji. Wcześniej otrzymał od brata, Wojciecha list, z którego dowiedział się o rodzinnym zdrowiu i powodzeniu. Sam Jan był teraz zdrowy, ale jego powodzenie było ściśle związane z działaniami wojennymi. Jednego dnia żył, ale w każdej chwili mogła go dopaść śmierć z rąk nieprzyjaciela. Jan miał szczęście, iż aktualnie służył z kuzynem, Bernardem, choć w innej kompanii, ale mieli okazję do sporadycznych spotkań. Jan był pytany we wcześniejszym liście o możliwość otrzymania czasowego urlopu. Owszem starał się o niego. Niestety, bez rezultatu. Nie mógł również nadać ani otrzymać żadnego pakunku. Warunki wojenne były na tyle ciężkie, że urlop i paczki są aktualnie zawieszone. Tym smutnym akcentem Jan kończył swój list i prosił o prędki odpis.
List Jana Bajorka do brata Wojciecha.
28 lutego 1917 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Zaledwie 5 dni później, 28 lutego, Jan wysłał list do brata, Wojciecha. Informował w nim, że jego zdrowie było na zadowalającym poziomie. O samym powodzeniu wojennym wspominał, że nigdy na wojnie nic nie wiadomo. Dowiadujemy się, że w aktualnym miejscu, gdzie przebywa, sroga zima ustąpiła. Właśnie można zaobserwować zmianę pogody na wiosenną, zdecydowanie cieplejszą i ładniejszą. Jan nieco ubolewał nad faktem, że nie ma obok siebie zbyt wielu znajomych z rodzinnych stron. Wymieniał parę nazwisk osób, które raczej słabo znał i nie utrzymywał z nimi bliskiego kontaktu przed wojną. Jan prosił o prędki odpis na ten list. Chciał się dowiedzieć o aktualnej sytuacji w domu i w rodzinnej miejscowości .
3 marca zaadresowany został kolejny list do rodzinnego domu, tym razem do matki, Wiktorii. Widocznie działania wojenne nie były tak intensywne w tym czasie, jeśli Jan mógł sobie pozwolić na tak częstą korespondencję.  Ostatnia wiadomość o nastaniu wiosny była przedwczesna. W międzyczasie nastąpił powrót srogiej zimy, która w dużym stopniu skomplikowała i utrudniła warunki frontowe i aprowizacyjne.  Jan prosił rodzinę o podanie dokładnych informacji na temat bieżącej sytuacji w rodzinnym gospodarstwie rolnym. Najbardziej interesowały go kwestie ilości bydła. Niemniej istotnym faktem był jaki kontyngent zboża i  ziemniaków rodzina musiała oddać na potrzeby wojenne państwa austro-węgierskiego. Jan informował rodzinę, iż można było już wysyłać paczki do żołnierzy. W sposób nieco nieśmiały prosił o wysłanie mu niewielkiego pakunku. Niestety, w najbliższym czasie Jan urlopu nie otrzyma. Być może wróci na krótki czas do rodzinnego domu jesienią na czasową przepustkę, jeśli tylko Bóg pozwoli. Jan dziękował Bogu, że jeszcze jest mu dane chodzić po tym świecie. Przez te lata wojny jego życie było nie raz i nie dwa narażone na niebezpieczeństwo pożegnania się z ziemskim żywotem. Bez wątpienia Bóg miał Jana w opiece i ten miał nadzieję, że szczęśliwie powróci do rodzinnego domu.
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
3 marca 1917 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
W tym okresie Jan miał możliwość prowadzenia częstszej korespondencji, z której chętnie korzystał.
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
10 marca 1917 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Już 10 marca wysłał  nieco krótszy list do mamy, Wiktorii. Dowiadujemy się, że otrzymał odpis na swój poprzedni list, z którego dowiedział się o aktualnej sytuacji zdrowotno-życiowej w rodzinnym domu. Jan również był zdrowy, a powodzenie jak na wojnie. Dzisiaj żyje, ale nie mógł być niczego pewien. Informował rodzinę, że od 28 marca można adresować pakunki, na który on też po cichu liczył. W miejscu, gdzie Jan przebywał, powoli zaczyna przychodzić wiosna. W liście czytamy o zmianach pogody, ale już sytuacja zdaje się stabilizować. Wraz z wiosną nadeszły obfite opady deszczu. Jan trochę narzekał na duże ilości błota,  do którego ciężko się przyzwyczaić . 
Dużą zmianą w korespondencji był list do brata matki, Jana Romana. Podobnie jak w poprzednich listach, Jan pisał „ujkowi” o warunkach pogodowych i swoich kwestiach zdrowotnych. Było mu smutno, gdyż dawno nie miał żadnego kontaktu z kolegami z rodzinnym stron, którzy również dzielili wojenny trud. Jan wyrażał pewne nadzieje, że być może uda mu się otrzymać urlop na czas rolniczych żniw latem. Jeszcze nie wiadomo czy władze jednostki wojskowej podejmą decyzję o przydzieleniu szeregowym żołnierzom letnich przepustek do domów. Jan swój letni urlop uzależniał również od boskiej opatrzności, która czuwała nad jego wojennymi losami. Jan pisał do wujka również po to, aby dowiedzieć się o bieżącej sytuacji w ich domu i gospodarstwie rolnym. Pytał wujka i ciotkę o ilość koni w gospodarstwie i charakter aktualnych robót polowych. Ciekawiło go, czy pogoda pozwala na rozpoczęcie sezonowych robót rolniczych. List kończył  pozdrowieniem wujostwa, ich rodziny i najbliższych znajomych. 
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
12 czerwca 1917 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Niemałym zdziwieniem zareagowałem na fakt dłuższej przerwy w korespondencji z rodziną.  Dopiero po długich trzech miesiącach Jan zaadresował list do matki, Wiktorii. Dowiadujemy się z niego, że Jan otrzymał krótki czasowy urlop w maju 1917 roku. W tym czasie pomagał rodzinie na gospodarstwie, gdzie wiosenne prace wchodziły w decydujący etap. Mówił o tym, że droga z urlopu nie należała do najłatwiejszych, ale dotarł szczęśliwie do odpowiedniej jednostki wojskowej. Z domu otrzymał pewną ilość pakunków, które były mu niezbędne do przeżycia wojennej doli i niedoli. Niestety, nie wszystko mógł ze sobą wziąć i pewne rzeczy musiał odesłać z powrotem do rodzinnego domu. Jan mówił, że aktualnie byli w fazie zmiany miejsca przydziału wojskowego i niebawem poinformuje rodzinę o tym nowym miejscu.
Pod koniec czerwca Jan wysłał kolejny krótki list do matki, Wiktorii. Napotkałem na pewne problemy w jego interpretacji. Jan pisał w nim, że w ostatnim czasie otrzymał list od pewnej krewnej wraz z pewnym pakunkiem, który był mu w tym czasie wręcz niezbędny do przeżycia.  Niestety, sam list zachował się w dość marnym stanie i nie można odczytać imienia osoby wspomnianej przez Jana. Wiadomo, że z tego wcześniejszego listu dowiedział się o aktualnej sytuacji w domu i kwestiach zdrowotnych poszczególnych członków najbliższej rodziny. U samego Jana sytuacja wyglądała dobrze. Był zdrowy, nie narzekał na nic, bo już zdążył się przyzwyczaić do wojennych trudności. Dowiadujemy się, że pogodę mieli tam bardzo dobrą pod względem wysokości temperatury. Jedynie deszcze mogłyby nieco ustąpić.
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
13 lipca 1917 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.


W połowie miesiąca lipca Jan wysłał list do mamy. Nie narzekał w nim na swoje wojenne powodzenie, gdyż jeszcze żył i był względnie zdrowy. Narzekał jedynie na tęsknotę za rodzinnym domem, z którego w ostatnim czasie nie dostawał zbyt wielu listów. Był żywo zainteresowany sprawami rodzinnymi, a nie miał możliwości, aby się o nich dowiedzieć. Prosił matkę o częstszą korespondencję, bo chciał mieć chociaż częściowy ogląd aktualnej sytuacji w domu. Jan wspominał o pięknej pogodzie, bez deszczu, ale z niskimi odczuwalnymi temperaturami. Uspokajał rodzinę, że aktualnie nic ciekawego się nie dzieje i niebezpieczeństwo utraty życia jest mniejsze. 

Fragmenty pracy licencjackiej napisanej pod kierunkiem dr. hab. Dariusza Nawrota, obronionej w Instytucie Historii Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach w roku 2013.

sobota, 26 grudnia 2015

Kronika kryminalna - 1934: Trzech Maczugów– bandytów w Gorlickiem

Trzech Maczugów– bandytów w Gorlickiem
 Z Gorlic donosi (A.W): Gorlice mają też swego Maczugę i to aż w trzech odmianach. Autentyczne nazwiska Jan, Józef i Władysław Maczuga trzej bracia ze Sokoła tuż pod Gorlicami znajdującej się miejscowości. Józef Maczuga odsiaduje karę 13 miesięcy więzienia za kradzieże i inne przestępstwa. Zaś Władysław Maczuga godny następca Maczugi z Rzeszowskiego wraz z młodszym bratem Janem dokonali onegdaj na drodze napadu z rozbojem na powracających od pracy z Sękowej dwóch majstrów ciesielskich Michała Moskala i Franciszka Barę, którym usiłowali odebrać zarobioną gotówkę w kwocie kilkudziesięciu złotych. Na krzyk napadniętych nadbiegli Tadeusz i Michał Dziedzic, właściciele tartaku w Sokole z pomocą i ocalili majstrów, którym udało się gotówkę zatrzymać.

Obydwóch Maczugów policja przytrzymała i osadziła w aresztach sądowych.

piątek, 18 grudnia 2015

Niezwykły rekord górnika naftowego - notatka prasowa z roku 1938.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.



Niezwykły rekord górnika naftowego

(AW) Niezwykły rekord górniczy w przemyśle naftowym osiągnął Stanisław Lewiński, kierownik kopalni „Królówka” firmy „Przymierze” w Krygu w gorlickiem zagłębiu naftowem.
Pracuje on jako wiertacz i kierownik szybów naftowych już przeszło lat 30 w zagłębiu borysławskiem, jasielskiem i gorlickiem. Odkrył kilka nowych pól naftowych.

W ciągu swej pracy odwiercił 199 szybów naftowych i to w pokaźnej większości ropodajnych. Przed kilku laty Lewiński wszystkie swoje oszczędności w kwocie kilkudziesięciu tysięcy stracił wskutek bankructwa banku. Nie złamał się jednak, ale ze zdwojoną energją przystąpił do pracy. Po kilku latach błysła fortuna. Spółka naftowa, której jako udział oddał pracę, odkryła bogate źródła ropy. 15 lutego Lewiński skończył wiercenie 200-go szybu. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Ziemia Gorlicka - artykuł prasowy z roku 1938.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Ziemia Gorlicka

Gorlice, nieduże a jednakże poważne ze względu na rozwój naftowy miasto – należą do naszych stron i biorą szczery udział w naszym dzisiejszym „Zjeździe Gór”. Samo miasto, leżące może nieco, na uboczu – ma poważne walory letniskowe, podobne zresztą jak i cały powiat gorlicki.
Same Gorlice, mimo niewielkiej ilości mieszkańców wykazują rozmach godny wielkiego miasta. Brak jest tylko połączeń kolejowych, o co zresztą walczy miasto od dawnych czasów, chcąc uzyskać bezpośrednie pociągi, nie zatrzymujące się w Zagórzanach.
Powiat posiada kilka wartościowych, choć dotąd nieznanych zdrojowisk jak: Wysowa, Wapienne i Ropa – nie licząc dużej ilości letnisk i miejscowości kuracyjnych.

Oczywiście praca powiatu wymaga dużego wysiłku organizacyjnego, któremu sprzyja obecnie w znacznej mierze Wydział Powiatowy, rozumiejący i uznający ze wszech miar wartościową propagandę zdrojowiskową. 


Ogólny widok Gorlic. Fot. inż. Józef Barut

piątek, 11 grudnia 2015

Biecz i jego zabytki - artykuł prasowy z roku 1868.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Biecz i jego zabytki.

Kościół Farny w Bieczu. (Rysował z natury A. Kamienobrodzki)
Ktokolwiek zna Galicyą, ten niezaprzeczenie odda pierwszeństwo, co do piękności okolicy, jej części zachodnio-południowej, czyli powiatowi sandeckiemu. Niewdzięczna jednak przyroda, oraz zbyt górzyste położenie, nie dozwoliły na rozwinięcie się w tych stronach rolnictwa, handlu i przemysłu, i z tych też powodów nie ma w całej tej części Galicyi żadnego miejsca zabudowanego, które by nazwę miasta nosić mogło. Są tam miasteczka tylko, z których każde stanowi gromadę małych i mizernych domków, z jedną lub dwiema z pośrodka wybiegającemi wieżami; lecz te miasteczka, mimo swej maleńkości i ubóstwa, ważne dawnemi czasy odgrywały rolę, a w braku okazałych gmachów, bogatych sklepów i różnych zakładów cechujących tegoczesne miasta, mogą się poszczycić wielu budowlami i zabytkami z przeszłości.
Jednem z takich miasteczek jest Biecz, położony nad rzeką Ropą, na trakcie głównym, łączącym ziemię sandecką z sanocką.
Początek i czas powstania miasteczka jest niepewny. Według podań miejscowych, założycielem jego miał być niejaki Becz, straszny swojego czasu w tych okolicach zbójca, którego pomnik w kościele farnym pokazują. Inne podania wywodzą nazwę Biecza od Biesów, narodu pod Bieszczadami żyjącego, coś pewnego w tym względzie trudno jest powiedzieć, nie ma bowiem materyału, w którym by jakie wskazówki naprowadzające na istotny stan rzeczy znaleźć można. Archiwum bieckie w roku 1775 zupełnemu prawie uległo zniszczeniu; za staraniem rządu austryackiego zebrano jedynie ocalone resztki i umieszczono je w bibliotece klasztoru o.o. bernardynów we Lwowie, gdzie milionom móli dostały się na pastwę.
Biecz jest miejscem urodzenia Marcina Kromera, biskupa warmińskiego, słynnego kronikarza, statysty i geografa w wieku XVI.
Dawniej to miasto miało być handlowne i bogate, obdarzane przywilejami jakie tylko Kraków posiadał. Z tego powodu, oraz dlatego, iż na swą rozległość stosunkowo wiele kościołów posiadał, nadano wtedy Bieczowi przydomek: „Parva Cracovia.”
Kościołami temi były: kościół farny, klasztór o.o. reformatów (jeden z najbogaciej uposażonych klasztorów w Galicyi) , św. Ducha i św. Piotra, św. Barbary, klasztor p.p. bosych i jeszcze jeden pomniejszy. Z tych sześciu kościołów pozostały tylko dwa pierwsze, z których kościół farny ze wszech względów na bliższą uwagę zasługuje.
Zbudowany w stylu gotyckim r. 1303 (?), mieści w sobie kilka pomników i portretów starostów bieckich; przyozdobiony pięknemi robotami snycerskiemi.
Ząb czasu i opieszałość proboszczów byłyby zapewne po dziś dzień tę piękną budowę zamieniły w ruinę, gdyby teraźniejszy proboszcz, ks. Tomasz Jaszczur, gorliwością i zabiegami swemi nie był jej ochronił od grożącego upadku. Restauracya idzie wprawdzie wolno; lecz niedziw, fundusze bowiem wpływają po największej części ze składek; koszta reparacyi wynoszą już do dwudziestu tysięcy zł. w. a., a jeszcze wiele potrzeba do ukończenia przedsięwziętego dzieła.
Oprócz tych dwóch wspomnianych kościołów, zwracają uwagę zwiedzającego to ustronie podtatrzańskie: wieża ratuszowa, w której dawniej kaci cech swój mieli; dom rodzinny Kromera, będący tu w wielkiem poszanowaniu, mieszkanie dawne starostów bieckich i resztki baszt i murów obronnych.
 Dziś miasteczko Biecz, puste, brudne, z napół walącemi się domami, pośród których grobowa panuje cisza, przerywan niekiedy tylko żałosnemi dźwięki dzwonów kościoła, przedstawia oczom wędrowca smutny widok zaniedbania i upadku.


A.K.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Korespondencye z Gorlic. Życie na gruzach - notatka prasowa z roku 1917.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Korespondencye z Gorlic.


Życie na gruzach. Smutno toczy się życie w zrujnowanem, wyludnionem mieście. Z mieszkańców inteligencya i zamożniejsi opuścili zburzone swoje siedziby, pozostała jeno ludność uboższa i garść urzędników, których obowiązek trzyma na posterunku. Aby ulżyć niedoli i ułatwić uboższym mieszkańcom przetrzymanie ciężkich czasów, grono obywateli z księdzem prałatem Świeykowskim, obecnym komisarzem rządowym w Gorlicach, oraz radcą Nam. P. Tadeuszem Mitschką na czele po zwalczeniu rozlicznych trudności, założyło „kuchnię ludową dla bezdomnych”, w budynku magistratu, która nadzwyczaj pożyteczną rozwija działalność. Zarząd kuchni spoczywa w rękach pani starościny Zofii Mitschkowej, która z pomocą pań miejscowych z całą ofiarnością i niestrudzoną energią oddaje się od rana do wieczora  filantropijnej pracy. Kuchnia wydaje dziennie 180-200 obiadów, częścią bezpłatnie, częścią za opłatą 30 hal., oraz herbatę. Przed kilku dniami zwiedzał kuchnię b. minister Długosz, który złożył na jej cele większą kwotę. Byt kuchni zależy dziś głównie od ofiarności prywatnej jej założycieli, pożądaną przeto jest wydatna pomoc ze strony społeczeństwa, ile że nędza w nieszczęsnych Gorlicach coraz większe przybiera rozmiary.