.

.

PRZERWA WAKACYJNA

Przerwa wakacyjna. Na kolejny nowy post na naszym blogu zapraszamy już w niedzielę 2 września. Za to cały czas niezmiennie zapraszamy na naszą stronę na facebooka, gdzie bez przerwy wakacyjnej publikujemy ciekawostki historyczne.

Śledź nowe posty

piątek, 30 października 2015

Wielki pożar Cieklina, 1970 r. - według notatek prasowych z Nowin Rzeszowskich

21 kwietnia 1970 r.

Groźny pożar w Cieklinie, w pow. jasielskim
Spłonęło 35 budynków
 (Inf. Wł.)
20 kwietnia, o godz. 2.30, w Cieklinie, w pow. jasielskim, wybuchł groźny pożar, który strawił 35 budynków, w tym 22 mieszkalne. Wszyscy mieszkańcy domów objętych pożarem zdołali się uratować; 5 osób poparzonych i jedną ranną odwieziono natychmiast do szpitala. Nie zdołano, niestety, ocalić inwentarza żywego. Ofiarą ognia padło 7 krów, 4 konie, 22 świnie.
Rozprzestrzenianiu się pożaru sprzyjał silny wiatr, który wytworzył prawdziwą burzę ogniową, w ciągu kilkunastu minut wszystkie domostwa zabudowane zwarto (spośród 25 budynków 25 było krytych strzechą, a tylko jeden murowany) stanęły w ogniu.
Już po 15 min. Przybyły na miejsce klęski okoliczne ochotnicze straże pożarne. W akcji uczestniczyły ogółem 24 jednostki straży – 16 OSP, 8 zawodowych – z Jasła, Krosna, Gorlic, Rzeszowa, Dębicy, Zakładów Rafinerii Nafty w Jedliczu i Niegłowicach oraz Zakładów „Gamrat” w Jaśle. Akcją ratowniczą dowodził zrazu komendant powiatowy straży z Jasła kpt. Władysław Folczyk, a następnie komendant wojewódzki straży płk Andrzej Bazanowski. Utrudniał ją brak wody.
Walka 260 strażaków z wielką siłą żywiołu (ogień groził dalszym rozprzestrzenianiem się) trwała do godz. 6 rano. Takiego pożaru ( na wsi) kroniki straży pożarnych naszego województwa nie notowały od kilkunastu lat.
Jego przyczyny oraz straty bada specjalna komisja. (ep)


22 kwietnia 1970 r.

Pierwsza pomoc dla pogorzelców z Cieklina
 (Inf. Wł.)
Wiadomość o nieszczęściu, jakie dotknęło wielu mieszkańców Cieklina spowodowała natychmiastową reakcję władz i społeczeństwa powiatu jasielskiego. Z pomocą pośpieszyły zakłady pracy, jak też osoby prywatne, mieszkańcy okolicznych wiosek i jasielscy taksówkarze, którzy przekazali pewne ilości ubrań i obuwia dla najbardziej poszkodowanych. Z doraźną pomocą pośpieszyło prezydium PRN w Jaśle. Do dnia wczorajszego wypłacono 22 zapomogi po 2 tys. Złotych oraz rozdzielono 50 paczek żywnościowych dla 22 rodzin. Z funduszów PCK przydzielono również najbardziej potrzebującym zapomogi pieniężne. Społeczny komitet pomocy pogorzelcom utworzony przy GRN Cieklin dostarczył poszkodowanym potrzebną ilość pieczywa i innych artykułów pierwszej potrzeby.
Powiatowy inspektorat PZU dokonał wstępnego szacunku szkód wyrządzonych przez pożar. Zaliczkowo dokonano wypłaty odszkodowań dla 22 gospodarstw po 15 tys. Złotych.
Prezydium PRN w Jaśle zwróciło się do Prez. WRN w Rzeszowie o dodatkowy przydział materiałów budowlanych na odbudowę zniszczonych przez ogień budynków mieszkalnych i gospodarczych. Bank Rolny przydzieli dotkniętym klęską żywiołową długoterminowe pożyczki poza kolejnością.
Śledztwo w sprawie ustalenia przyczyn pożaru trwa. (fem)


23 kwietnia 1970 r.

Wokół tragedii Cieklina
 Zebranie koła ZMW  w Cieklinie. Jeden z punktów obrad – organizacja zabawy.
- Nie dadzą nam zezwolenia na alkohol. Trzeba kogoś dokooptować na organizatora – mówi jeden z dyskutantów. Ale kogo? Z wielu partnerów wybrano… miejscową ochotniczą straż pożarną. Tak powstał komitet organizacyjny zabawy. Zamówiono orkiestrę, zakupiono wódkę, wino, kiełbasę, bułki.
Wkrótce mieszkańcy Cieklina i okolicznych wsi mogli czytać ogłoszenia wiszące na płocie: „…Straż Pożarna i Koło ZMW w Cieklinie organizują dnia 19 kwietnia 1970 r. wielką zabawę wiosenną… początek o godz. 18.00, na którą zapraszamy wszystkich mieszkańców wsi i okolic”.
Wieść o zabawie szybko rozeszła się po wsi Cieklin. Kto żyw ciągnął wieczorem do wiejskiego domu kultury, skąd słychać było odgłosy dętej orkiestry. Z początku nieśmiało, z upływem czasu coraz więcej par szło na parkiet, w tany. Wesołość była ogólna.
Trudno ustalić dzisiaj liczbę osób obecnych na zabawie, która poprzedziła tę tragiczną noc, kiedy część wioski padła ofiarą „czerwonego kura”. Jedni mówią, że było 200, inni że 100. Przyjmijmy nawet tę ostatnią liczbę.
- Panie, nikt nie był pijany. Ot, wypili „po kielichu”, ale nikt się nie przewracał. Ile wypito tego alkoholu?
Jak oświadcza bufetowa zabawy, „Było 3 transportery wódki, a 10 butelek zostało”. Matematyka prosta. W każdym z transporterów 25 półlitrówek razy 3 równa się 75, pozostało 10. Wypito więc 65 półlitrówek! Do tego jeszcze trzeba dodać 2 transportery wina – 50 butelek. Nie licząc tego, co każdy przyniósł ze sobą „na wszelki wypadek, gdyby miało zabraknąć”. Targ, w targ – przyjąć można butelkę na głowę. Mocne mają głowy w Cieklinie. Nawet się nikt nie zatoczył!
 Około godz. 1.00 grupkami, parami opuszczali wiejski dom kultury zmęczeni tancerze. Został tylko komitet organizacyjny, dla którego na zakończenie (godz. 2.00) orkiestra odegrała pożegnalnego marsza.
Naprzeciw domu kultury stał pusty dom pod strzechą, którego właścicielka Maria Staniszewska zmarła przed rokiem. Co tu ukrywać – służył on dla uczestników zabawy jako WC. Na dobrą sprawę wszyscy z zabawowiczów byli tutaj chociaż jeden raz.
Przeraźliwy dźwięk syreny o godz. 3.00 zrywał ze snu mieszkańców wsi. Wielu z nich nie zdążyło jeszcze dobrze zasnąć, przeżywając doznane na zabawie wrażenia. Tymczasem ogień z pustego mieszkania Staniszewskiej z błyskawiczną szybkością niesiony na skrzydłach wiatru, rozprzestrzeniał się. Jak na ironię motopompa miejscowej straży odmówiła posłuszeństwa. Całe wiązki palących się strzeszaków unoszone wiatrem, lądowały na dachach sąsiednich domów i budynków gospodarczych. Blacha i dachówka oparły się płomieniom, ale wszystko to co pokryte było słomą, błyskawicznie zaczynało się palić. Akcja przybyłych straży była o tyle utrudniona, że ogień przerzucał się z miejsca na miejsce. Paliło się jednocześnie w kilkunastu miejscach. Dobrze, że wezbrany potok Bednarka płynący przez środek wsi (przepraszamy Czytelników za błędną informację podaną w „Nowinach” w dn. 21 kwietnia, że w pobliżu nie było wody) dostarczał wody tak potrzebnej do ugaszenia pożaru. Godziny grozy dla Cieklina ( od 3.00 do 6.00) mijały szybko. Ogień trawił dobytek, bo na ratunek w wielu przypadkach było z późno.
Zgliszcza jeszcze dymią, stoją obok nich grupki mieszkańców wsi, patrzą na pogorzelców wyciągających z popiołu zwęglony dobytek, osmalone bierwiona, zwęglony inwentarz żywy. Przekrwione zmęczeniem oczy mężczyzn, zapłakane kobiet, są wymownym dowodem tragicznych przeżyć pamiętnej dla Cieklina nocy z 19 na 20 kwietnia 1970 r. Nocy, która zaczęła się tak wesoło dla wielu.
Franciszek Maksym ma dobrze po sześćdziesiątce. Białe włosy i pokryta zmarszczkami twarz są wymownym dowodem tego, że jego życie nie było łatwe.
- Ja, panie, byłem chowany inaczej. Chodziło się na zabawy, ale o wódce nie było nawet mowy. Niechby matka czy ojciec poczuła ode mnie alkohol, powróz bym miał na swoich plecach a dzisiaj taka, panie, młodzież, że jeszcze ma „mokro” pod nosem, a fajkę wsadzi w zęby i pije wódkę, aż się kurzy. Ważne to potem, starszego nie uszanuje, uwagi sobie zwrócić nie da. Nie mówię, żeby się nie zabawić, ale wszystko ma swoje granice.

„Miłe złego początki”
 - Byłem na zabawie do godz. 23.00, ale wszystko było w porządku. Nic nie zapowiadało tragedii – mówi sekretarz KG PZPR Tadeusz Czechowicz. Podobne zdanie wypowiadają Aleksy Świątek – komendant straży, Jan Dziedzic – przewodniczący koła ZMW i Stanisław Cygan – gospodarz zabawy. Nic nie zapowiadało tragedii…
Od roku 1929 – Kidy to pożar strawił pół wsi – Cieklin nie przeżył podobnej tragedii. Może owe 40 z górą lat uśpiło czujność mieszkańców? Za ten sen zapłaciły drogo 22 rodziny, które zostały pozbawione dachu nad głową, a ich wieloletni dorobek poszedł z dymem.
Do Cieklina ciągnął samochody, traktory, furmanki załadowane żywnością, odzieżą, słomą, tarcicą. To władze powiatowe i ludność okolicznych wsi śpieszy z pomocą pogorzelcom. Sąsiedzi starają się pocieszać dotkniętych klęską. Ale słowa pociechy nie docierają do Eugeniusza Kmiecika, którego dorobek wielu lat znikł w kilkudziesięciu jakże strasznych minutach. Obandażowana głowa i ręce, przypalone włosy, zachrypnięty głos – są dowodem tragedii, jaką przeżył on i jego towarzysze niedoli.
Pozostaje problem ustalenia przyczyn wybuchu pożaru. Według powszechnego mniemania, przyczyną bezpośrednią było zaprószenie ognia w niezamieszkałym domu usytuowanym w sąsiedztwie wiejskiego domu kultury. Zabaw było wiele, ale jakoś udawało się. Tym razem 22 rodziny z Cieklina zapłaciły haracz czerwonemu kurowi, który raz jeszcze dał o sobie znać. Cieklińska lekcja, jakże tragiczna – niech będzie przestrogą dla innych. Nie czekajmy na podobne. Strzechy muszą natychmiast zniknąć z naszych wsi.
Przed trzema laty Powiatowy Inspektorat PZU w Jaśle wystąpił z wnioskiem zmiany pokrycia dachów we wsi, ze strzech słomianych na inne – ognioodporne. Rolnikom proponowano na dogodnych warunkach długoterminowe pożyczki. Ale, jak twierdzi przewodniczący GRN Leon Szańca – mieszkańcom nie śpieszyło się do tego Te domy, które miały blachę i dachówkę oparły się pożarowi. Spłonęły kryte słomą. Dzisiaj chyba nie trzeba przekonywać nikogo w Cieklinie o konieczności zamiany pokrycia dachów i ostrożnym obchodzeniu się z ogniem, lekcja była zbyt tragiczna.

Marian Fijołek.


poniedziałek, 26 października 2015

Artykuł prasowy z roku 1938 o spółdzielczości we wsi Łużna.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Wieś, której roczny dochód za nabiał sięga 160.000 złotych.

Stroje ludowe w  Łużnej
(AW) Na południowym krańcu naszego kraju wśród malowniczych pagórków Podgórza Beskidu Niskiego w powiecie gorlickim powstaje i rozwija się „nowy Lisków”- przodująca wieś polska Łużna- która przez wieloletnią uporną pracę przy współudziale miejscowego proboszcza ks. kan. Wł. Kędry osiągnęła wysoki stopień zamożności i kultury, a zarazem udowodniła, że dobrobyt wsi polskiej zależy przedewszystkiem od pracy i inicjatywy samych włościan.
Wieś Łużna zasługuje na miano nowego Liskowa, bo przez wspólny wysiłek organizacyjny i spółdzielczość znalazła się na właściwej drodze do dobrobytu. Roczny dochód tej wsi za sam tylko nabiał wyraża się kwotą okrągło 158.000 złotych. Mało wsi w Polsce może poszczycić się podobnym dorobkiem.
Łużna jest siedzibą gminy zbiorowej, do której należy 7 gromad. W miejscu jest kościół, szkoła powszechna, poczta, dom ubogich. Obszar wioski wynosi 2.037 ha, a mieszkańców liczy ona 2730.
Podstawową organizacją rolniczą tej wsi jest Kółko Rolnicze, które w roku przyszłym będzie obchodzić jubileusz 50-lecia istnienia.
Poza tem wieś posiada Kasę Stefczyka, teatr i chór ludowy, ochotniczą straż pożarną, świetlicę, zbiorownie jaj i spółdzielnie mleczarską.
Nadmienić należy, że ludność Łużnej, jako pierwsza w powiecie gorlickim przystąpiła do odrodzenia starych miejscowych strojów ludowych z wynikiem dodatnim. 

piątek, 23 października 2015

Międzywojenne przepisy Koła Gospodyń Wiejskich z Wapiennego - część IX.






Oryginały w zbiorach M. Ślazyk






Zeszyt z przepisami należał do p. Marii Znaleźniak z domu Warzyca. Urodzona 5.01.1918 r., mieszkała w Męcinie Małej.
Zmarła 25.02.2001 r.


Na zdjęciu wśród rodzeństwa, siedzi na krześle.

poniedziałek, 19 października 2015

Jadam z Zatora, Zamek Libusza. Powieść z czasów Leszka Czarnego - część II.

Część pierwszą można znaleźć TUTAJ

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Wysłany do wioski Zawiła wrócił, wiodąc z sobą kilkunastu młodych, żwawych górali. Zygwult uzbroił każdego, upoił miodem i wsiadłszy na konia, pociągnął za sobą zbrojną drużynę. Już znikli z oczu, a jeszcze długo tętęt koni dolatywał do ucha niespokojnością i rozpaczy szarpanej Rozalki; ucichł nareszcie, cisza nastała spokojna. Ale w sercu Rozalki nie było spokoju, ani ciszy.
Noc ta, najokropniejsza w życiu, zdawała się być także najdłuższą. Bo czas orle ma skrzydło, kiedy człowiekowi błogo, i w szybkim swoim locie wyrywa nam z objęcia naszego rozkosz, wesołość, i z nią ucieka; w utrapieniu przedzierga to skrzydło swoje na leniwą stopę żółwia, i wlecze się tak powoli i ciężko, jakby sam był obciążony tym smutkiem, który nas przygniata.
Zaświtał ranek. Rozalka siedziała w progu, tuląc swe dziecię do łona; niewiasty, jej służebne, gwarzyły między sobą, tym smutkiem pani zadziwione, bo snem ujęte twardym nie wiedziały co zaszło tej nocy. Tętętem koni zagrzmiał las. Nie wyszła chwilka, wyjechało kilku konnych. Byłto Zawiła; zeskoczył z konia i dążył ku pani, biegnącej na przeciw niemu, usiłującej coś przemówić, ale trwoga, ale przeczucie nieszczęścia, związało jej mowę:
„Zygwult! gdzie Zygwult!” zawołała zaledwie, i osłabła; służebne wsparły upadającą.
„Żyje!” przemówił sługa, „alić Bóg świadkiem, tyle was miłuje stary Zawiła, iżby wolał widzieć go na marach, wolałby sam pierwej legnąć w grobie, jak tej dożyć chwili, tej sromoty.”
„Co się stało? Powiedz!” słabym, zaledwie dosłyszanym głosem zapytała Rozalka.
„Już się stało,” odparł Zawiła.
„Przebóg! Cóż się stało?” pytała służebna jedna po drugiej, cisnąc się do starego sługi, który zamilczał, i rękawem szaty obcierał pot z czoła; po chwili temi się słowy odezwał:
„Lituję się nad wami, zacna niewiasto, i nad tem niemowlęciem, tem biednem… wspomniecie słowa starego Zawiły; na złe to wyjdzie jemu… nie ujdzie kary niebios; za grzechy męża, Bóg żonę i dziecko karać będzie. Ale już się stało; co przedsięwziął, wykonał szczęśliwie. Niesie wam oto rozkaz, ażebyście nie czekając chwili, na konia wsiedli, i na zamek spieszyli Libuszy. Zdobył go Zygwult wysiekłszy Siestrzemiła czeladkę. Wy, niewiasty, macie się zebrać co rychło i pieszo podążyć za panią. Spieszno, a ostrożnie, by po drodze nie nadymał was Siestrzemił, w którego ręce gdybyście się dostali, zrobiłby z wami to, co Zygwult z jego czeladką. Rozalka, słysząc te słowa, przyszła do siebie; bo nie przyszłość daleka, ale obawa spełnionego już nieszczęścia, dręczyła ją tyle. Chciała o więcej jeszcze pytać się sługę, lecz ten, naganiając do pospiechu, miasto odpowiedzi podał jej rękę i pomógł usiąść na konia, a obwinąwszy szerokim rańtuchem niemowlę, wziął na ręce, ruszył przodem; za nim Rozalka konno, niewiasty służebne pieszo.
Więcej godzinę jechali gęstym lasem; ten rzadsze już miał drzewo, rozstąpił się na wszystkie strony, i odsłonił widok na piękną Libuszy okolicę. Ranek był pogodny, rzeka Ropa ciągnęła się wzdłuż pół zielonych, jak zagon niebieski, dobiegając zaś pod Libuszę, niby zawojem błahym opasywała wzgórek krzewiną porosły, z którego liści, wyglądał zamek do skrzyni czworograniastej podobny, w którym okna okrągłe niby główki wbitych w nią żelaznych ćwieków, czerniły się rzędem. Przebyli rzekę; już pod bramą byli, gdy koń Rozalki, czy trwogą, czy wstrętem nieodgadnionym przejęty, stanął, i mimo chłosty i napędzania, progu bramy żadną miarą przestąpić nie chciał. Rozalka zsiadła z konia; Zygwult wybiegł jej na przeciw, i tajemną, niepojętą bojaźnią kołysaną, wprowadził do zamku opanowanego, i po kamiennych schodach, zawiódł do obszernej komnaty, której ściany blachami błyszczały, a ławy i stoły bogatemi pokryte były kobiercami.
„Rozalko! Widzisz, jam dotrzymał tobie słowa,” rzekł Zygwult, „jesteś panią zamku.”
„Ale znużona długą podróżą, legniej na miękkich Siestrzemiłowej puchach, a dziecię nasze kwilące, uspij w kolebce, z której wyrzuciłem Siestrzemiła niemowlę. Patrz, jeszcze ciepłe pieluszki… Nie płakało dziecko wynoszone z zamku, ale stara piastunka płakała i skomliła: „Biedna ja niewiasta, cóż ja teraz pocznę; kędyżto biedne zanieść niemowlę!” A jam jej odpowiedział: Idź babo do lasu na Słobodzie; jest tam wiązka zgniłej słomy dla matki, i kolebka próźna dla dziecka; i wytrącić kazałem z bramy; i odpędzić daleko od zamku -. Lecz przezco się nie radujesz ze mną Rozalko? I płaczesz?” to znowu do obecnego zawołał Zawiły:” I ty starcze zwiesiłeś łeb, sklepy stoją otworem; idź ,nalej pełno w gardło miodu; ale pilnuj czeladki, trzeba się mieć do obrony, bo Siestrzemił nie zaspi, i pokusi się o odebranie wydartego mu zamku; ale co Zygwult w garść pochwyci, nie puści, chyba mu rękę odetną.”
„Zeszle Bóg rękę,” przemówił Zawiła, „co waszą obetnie; wspomnicie słowa starego Zawiły. Odetną wam rękę, i wypadnie wam z garści zamek, jak liść odpada od uciętej gałęzi. Na złe wam to wyjdzie; stary Zawiła wiele już widział, i patrzał na wiele rzeczy. Za grzechem ludzkim idzie kara boska. Ach! Przyszła ona za grzechem rodzica waszego; wspomnicie słowa starego Zawiły.” To mówiąc sługa szedł z izby, krokiem powolnym, zasmucony.
Zygwult udał się do komnat dolnych, gdzie w licznem gronie zgromadzeni biesiadowali towarzysze jego nocnej wyprawy. Stali, uzbrojeni ciężko, gwarząc wesoło, dokoła dębowego stołu, na którym zastawiano dzbany z miodem, chleby i misy z mięsiwem.
Rozalka została sama w samotnem rozpamiętywaniu; zaglądała trwożliwem okiem w niepewną przyszłość, a przeczucie nieszczęścia szarpało jej łono, szepcąc jej ostatnie Zawiły słowa: Na złe to wyjdzie! I oglądała się trwożliwie po ścianach bogatej komnaty, dziecię swe kołysząc na ręku, jakby wzdrygała się jeszcze złożyć je w zrabowaneą kolebkę obcego dziecięcia.
Dzień schylał się do wieczora, nie było słychać o dziedzicu. Noc spokojnie przeszła. Równie spokojnie kilka upłynęło dni. Zygwult dzień i noc gotowy do dania odporu; spodziewanego nie mogąc się doczekać napadu, tuszył iż Siestrzemił, widząc niemożność zdobycia na powrót zamku, zaniechał tej myśli. Już spokojniej noce i dnie przepędzał, w towarzystwie gości, których hojnie raczył nabytkiem.
Piątego to wieczora Zygwult, niedźwiedziem nakryty kożuchem, leżał; niespokojne myśli odpędzały sen od powiek jego. W tem postrzegł na tle czarnem obłoków czerwoną łunę; odbitem od niej światłem rozwidniła się izba. Przelękły, odrzucił kożuch precz od siebie, na oboje zerwał się nogi, i szczeliną okienicy wyjrzał i zawołał: „Gore! Gore!”
W tejże samej chwili wbiegł Zawiła, i bawiący jeszcze w zamku goście potrwożeni, wyjąc tem okropnem słowem: Gore! Gore!
„Stogniewie!” rzekł jeden, „ w tej stronie wasze zamczysko. Ne dałbym sobie łba uciąć, jeżelito waszej żonie, nie zaświecił tak w oczy Siestrzemił?”
„Do pięciu ran najświętszych!” zajęczałn stogniew. „Żoławiec, mój zamek! Moje spichrze, moja żona. Boże wielki! Zmiłuj się nade mną. Konia, konia! Kto przyjaciel, ze mną! … Zygwulcie! Pioruny wszystkie niech biją w Libuszę. Bóg mię ukarze za pomoc, którą dałem sprawie grzesznej.” Przeklinając Zygwulta i żonę i dziecko, wybiegł z izby, wyjechał z zamku, i słychać było śród ciszy nocnej brzęk podków końskich, do kołatania dzwonka podobny.
„Zygwulcie! Zostańcie zdrowi,” ozwał się towarzysz drugi. „Siestrzemił ma rozum, w słabą stronę bije, ale my go nie mamy, że siedzema i hulama tutaj; dziedziny nasze i żony sieroty zostawiwszy same, a snadno napaść na dom i spalić, kiedy pan za domem.”
„Radźcie sobie sami; nam o sobie radzić teraz,” rzekł trzeci. „Wiecie, co starcy mówią: „Milsze oko moje, niż cudze oboje” To rzekłszy, pożegnali, odjechali.
Odurzał Zygwult, bacząc, co mu się dzieje, i w pierwszej chwili poddał się trwodze, co chwila większej nabierając wagi; zwątpił po raz pierwszy, azali podoła okolicznościom, ażali będzie sam w stanie odeprzeć Siestrzemiła, gdyby tej chwili do zamku szturm przypuścił? Zdumany, wstąpił do łożnicy Rozalki, i stanął przed jej łożem. Zawiła, wszedłszy za panem do izby, zatrzymał się w progu; ręce na krzyż założywszy, coś myślał, mruczał. Zygwult w śpiącą małżonkę wlepiwszy oko, cichym przemówił głosem: „Ona spi, tak spokojnie, tak swobodnie.”
„Kto spokojność ma w sumieniu,” odrzekł Zawiła, „ten ma sen spokojny. Rozalka nie napadała na obcą właściznę, nie skradła zamku – i wam Zygwulcie w własnej lepiance, sen by służył spokojny, w ukradzionym zamku nie ma snu, bo spokoju nie ma.”
Głos Rozalki zbudzonej przerwał tę mowę; spokojnym pytała się głosem niewiasta: „ Czy już świta? Bo taka jasność z nieba bije?”
„O Rozalko moja!” zawołał Zygwult, „wstań z łoża; nie czas teraz zalegać łoże: klękniej raczej przed obrazem Bogarodzicy, i módl się. Módl się za siebie, za dzieckiem naszem, za mną; moje myśli, obciążone zgryzotą i smutkiem nie podniosą się do niebios.”

Rozalka nie rzekłszy słowa, wstała postąpiła przed obraz, i ukląkłszy mówiła pacierz, cicho, nabożnie. Zygwult i Zawiła stali z daleka; milczenie panowało w izbie posępnej, której czarne ściany oblatywał połysk od łuny nieba odbity; zdało się, że posępna roześmiała się izba, jakby najgrawała się  ze smutku ludzi, nieprawych zamku mieszkańców. Po skończonej modlitwie, wstała Rozalka i do okna biegła. Niebiosa coraz większą gorzały łuną; snać, pożar nie zastygał, ale zwiększał się i rozszerzał; z po za szczytów lasu buchała jakby para gorąca, rozpryskując się po obłokach: „O Zygwulcie miły!” rzekła Rozalka, „czy ten pożar taką cię przejmuje trwogą? Mniemasz może, że wiatry do nas go zaniosą? Więc nie traćmy czasu, weźmy skarb nasz, dziecię nasze, i uciekajmy do naszej lepianki na Słobodzie, a będziemy dalecy od pożaru, będziemy bezpieczni, i dośpiemy do ranka spokojnie i swobodnie.” To mówiąc wzięła za rękę mężowską, i patrzała w oko męża, czekając odpowiedzi.

piątek, 16 października 2015

Sadzimy lasy na Łemkowszczyźnie - artykuł prasowy z roku 1938.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Sadzimy lasy na Łemkowszczyźnie.

Wojsko i dziatwa wiejska przy sadzeniu drzewek w Krempnej
 na Łemkowszczyźnie


(A. W.) Do najbardziej pozbawionych lasów części Karpat, należy Beskid Środkowy czyli Niski, wskutek rabunkowej gospodarki leśnej. – Celem przywrócenia choćby częściowego dawnego stanu na tych terenach, Wydziały Powiatowe w Gorlicach i Jaśle przystąpiły do planowanej akcji zalesienia wyrębów, golizn i nieużytków. Akcji tej w tym roku po uroczystych obchodach „Dnia lasu”, podporządkowało się wielu gospodarzy oraz niektóre całe gromady w powiecie gorlickim i jasielskim. Pod kierunkiem samorządowego leśnika inż. Wołkowicza zasadzono na nieużytkach przeszło 200,000 sadzonek sosny, jodły, jesionu i modrzewia. Równocześnie przeprowadza się dokładną inwentaryzację halizn i dotąd niewykorzystanych nieużytków.  

Zalesianie przyleśnych nieużytków na Łemkowszczyźnie.

poniedziałek, 12 października 2015

Maciej Bajorek, Pierwsza wojna światowa oczami żołnierza polskiego w armii austro-węgierskiej. Część III.


Na podstawie wojennej korespondencji Jana Bajorka z Rzepiennika Suchego.



List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
1 stycznia 1916 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Pierwszy list w 1916 roku Jan wysłał w dzień rozpoczynający nowy rok, 1 stycznia, do matki. Minęło parę miesięcy od czasu poprzedniej korespondencji, ale Jan odpowiednio to wytłumaczył. Niestety, z powodów wojennych i zintensyfikowania działań zaczepnych nie mógł pisać listów, wskutek braku czasu, jak i zakazu wyższego dowództwa. W tym czasie otrzymał tylko jeden list od rodziny. Był on dla niego swoistą skarbnicą wiedzy o warunkach panujących w domu, ale jego treści możemy jedynie się domyślać. Ten list otrzymał również z pewnym opóźnieniem, gdyż w tym czasie nie przekazywali żołnierzom żadnej korespondencji. Pisał w liście, że dowiedział się o ich zdrowiu i powodzeniu. W domu wszyscy byli zdrowi, chociaż warunki socjalno-finansowe były na bardzo niskim poziomie. Jan, jako zawodowy rolnik i przykładny gospodarz był żywo zainteresowany kwestiami polowymi, m.in. takimi jak zebranie pszenicy i żyta z pola. Dowiedział się również o doli i niedoli życiowo – rolniczej „ujka” i ciotki”. Praca na roli w tamtym okresie wojennym była wyjątkowo ciężka, a zbiory mniejsze niż się spodziewano. Jan informował rodzinę, iż starał się dowiedzieć o wojennym losie jego przyjaciele z rodzinnej wsi, Jaśka Słoniny. Niestety, ten fragment listu został odpowiednio wymazany przez cenzurę. Dowiadujemy się jedynie, że poszukiwany Jasiek Słonina służył przy 16. Regimencie 2. Kompanii. Jan starał się ustalić jego dokładny los, ale niestety bez rezultatu.
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
1 stycznia 1916 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Jasiek Słonina owszem służył w składzie tej jednostki, ale żadnych szczegółowych informacji o jego losie nie udało się ustalić. Nie wiadomo czy przeżył, czy został ranny i zabrany do szpitala. U Jana ze zdrowiem najprawdopodobniej było wszystko w porządku, chociaż daje do zrozumienia że wojenne szczęście przeżycia może nie trwać wiecznie. Jan również w tym liście starał się dowiedzieć o bieżących sprawach jego rodzinnej miejscowości. Nurtowały go sprawy ewentualnego ożenku znajomych czy też innych spraw czysto wiejskich, takich jak chociażby sprawy rodzimej parafii. Był także żywo zainteresowany  nowymi powołaniami do wojska z macierzystego Rzepiennika i okolic. Chciał wiedzieć, komu udało się dostać przepustkę i urlop. Prosił o potwierdzenie otrzymania zdjęć z frontu. Oczywiście list kończył pewnego rodzaju boskim pozdrowieniem, aby Bóg sprawił, że niebawem wróci do rodzinnego domu.
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
28 lutego 1916 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Kolejny list będący w zbiorach rodzinnych datuje się na 28 lutego 1916 roku.  Jan potwierdzał otrzymanie listu od rodziny. Po raz pierwszy pisał bardziej negatywnie o swoim zdrowiu, ale w ten sposób, aby cenzura nie mogła tego zabronić i wymazać. Użył stwierdzenia: jestem nie bardzo zdrowy. Najpewniej odniósł poważniejsze rany, o których musiał rodzinie powiedzieć w sposób niejednoznaczny.  Wspominał po raz kolejny o swoim wojennym powodzeniu, które może zmienić się w każdej chwili.  Na razie żył, ale co przyniosą następne dni, nie wiadomo. Wspominał również o Boskiej Opatrzności, od której dużo zależy.
List Jana Bajorka do matki Wiktorii,
 22 marca 1916 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Pomimo intensywnych działań wojennych Janowi udało się napisać kolejny list w dość krótkim czasie. 22 marca 1916 roku wysłał list z ogólnymi informacjami na temat swojej sytuacji. Na szczęście pisał o tym, że już jest zdrowy i nie narzeka na swoją kondycję. Szybko doszedł do siebie i mógł wziąć udział w wojennych zmaganiach. Wspominał, że otrzymał wcześniejszą kartkę od rodziny z dość przełomową informacją. Mianowicie, ojciec Klemens Bajorek, napisał z dalekiej Ameryki o swojej sytuacji życiowej. Przede wszystkim miał się dobrze, żył i tęsknił za rodziną. Jan był uradowany faktem nawiązania korespondencji ojca z rodziną. Sugerował, aby kontynuowali ją i w miarę na bieżąco go o tym informowali. Donosił rodzinie o warunkach pogodowych niekorzystnych dla  rozpoczęcia pracy na roli przez tutejsze osoby, trudniące się pracą w gospodarstwie rolnym. W końcowym fragmencie zwracał się do rodziny z prośbą o modlitwę do Boga o jego zdrowie i wojenne powodzenie. Najwyraźniej walki na froncie włoskim były coraz bardziej zacięte. Jan coraz bardziej obawiał się o swoje życie, dlatego poprosił rodzinę o wstawiennictwo u Boga, w którego opatrzność i dobroć tak gorliwie wierzył on i jego rodzina .
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
18 kwietnia 1916 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Kolejny list Jan napisał po okresie aż jednego miesiąca, co może oznaczać intensywny udział w działaniach wojennych. Pisał do drogiej mamy, iż jest zdrowy, ale nadal niespokojny sytuacją na froncie. Nie wiedział co przyniesie następny dzień. Był bardzo zasmucony tym, iż bezskutecznie zabiegał o urlop na czas Świąt Wielkanocnych. Niestety, nie dane mu było spędzenie Świąt Zmartwychwstania Pańskiego przy rodzinnym stole. Przekazał znajomej, Stefci, 20 koron, które zaginęły w drodze. Wiadomo jak trudna była sytuacja finansowa żołnierzy, więc strata kwoty 20 koron była dość druzgocąca. Jan cieszył się, iż jego przyjaciel z rodzinnej miejscowości i wojennej tułaczki, Jasiek Słonina, odpisał na listy jego rodziny, żył i miał się dobrze. Cieszyło go, że w rodzinnym domu nikt nie narzekał na sprawy zdrowotne.  Z karty pocztowej dowiadujemy się, że aktualnie jego jednostka wojskowa stacjonowała w Bochni, która jest oddalona od rodzinnego Rzepiennika zaledwie o 50 kilometrów .
List Jana Bajorka do matki Wiktorii.
6 maja 1916 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
6 maja 1916 roku wysłał list do mamy właśnie z Bochni pod Krakowem. Otrzymał dwie kartki od rodziny, która poinformowała go o bieżącej sytuacji w domu i co ważne w gospodarstwie. Najprawdopodobniej rodzina straciła posiadane wcześniej konie, które były niezbędne do uprawiania rzemiosła rolniczego. Jan bardzo nad tym ubolewał i wyrażał zaniepokojenie w jaki sposób rodzina poradzi sobie na gospodarstwie w takiej sytuacji. Nie mógł im nic poradzić ponad to, że niestety muszą jakoś egzystować bez tych koni. Pytał  czy jego przyjaciel, Jasiek Hołda utrzymywał korespondencyjny kontakt z nimi. Sam Jan wymienił z Jaśkiem Hołdą 2 listy podczas Świąt Wielkanocnych, w których poinformowali się wzajemnie o sytuacji na wojnie i warunkach panujących w swoich oddziałach. Jan wcześniej dowiedział się, iż jego koledzy ze wsi zostali powołani do wojska, pytał więc rodzinę o przydział wojskowy Wojtka i Michała Romanów i czy przejdą ze swoją jednostką na front włoski. Był również ciekawy o krewnego z pobliskiej wioski o nazwie Sitnica. Chciał znać jego dokładne położenie, gdzie i w jakiej formacji służy. Oczywiście pytał z ciekawości o sprawy swojej miejscowości i ludności tam zamieszkującej.  Na sam koniec Jan zwracał się do rodziny z prośbą oto, aby pisali do niego często, gdyż jest żywo zainteresowany jak u nich wszystko wygląda.
List Jana Bajorka do brata Wojciecha.
9 maja 1916 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Następny list adresował do brata Wojtusia, 9 maja 1916 roku. Było to spowodowane tym, że chciał bratu podziękować za dwie wcześniej otrzymane kartki, z których dowiedział się o zdrowiu i powodzeniu w domu. Mówił o tym, że jest zdrowy i nie narzeka na wojenne szczęście, które na razie mu dopisywało. Jan poruszył temat koni, które zniknęły z rodzinnego gospodarstwa. Prosił brata o dokładne opisanie zaistniałej sytuacji z utratą koni. Miał nadzieję, że uda mu się coś doradzić rodzinie w kwestii, być może odzyskania zwierząt. Ciekawiły go nadal ożenki znajomych, a także  sprawy pogrzebowe we wsi, co patrząc na relacje panujące w rodzinnej miejscowości, nie jest niczym dziwnym. Żyjąc w małej społeczności, ludzie byli żywo zainteresowani sprawami sąsiadów czy znajomych. Jan podjął temat Jaśka Hołdy i korespondencji z nim. Dowiadujemy się, że Jasiek owszem pisywał często do domu, ale niestety niewiele listów z niego otrzymywał. Prosił brata o wysłanie mu gazety i paru centów, bo już zaistniała możliwość wysyłania tego typu rzeczy. Jednocześnie wspominał o tym, że to nie jest najważniejsze. Był świadomy biedy panującej w rodzinnym domu. Owszem rodzina wysłałaby mu ostatni grosz na front, ale sam źle by się czuł z tą świadomością, że w domu taka bieda, a on jeszcze ich wykorzystywał. Pytał o znajomą Stefkę, czy odwiedza ich w domu. Niestety, Jan z przyczyn niezależnych od siebie, zaniechał z nią kontaktu. Chciał wiedzieć co u niej, gdyż pisali ostatnio do siebie już 5 miesięcy temu.  Śmiem przypuszczać, że wspomniana Stefcia była osobą bliską jego sercu w tamtym okresie. Jan obiecał bratu, że gdy szczęśliwie powróci z wojennej zawieruchy do rodzinnego domu, to mu opowie wszystko z najmniejszymi szczegółami. Starał się udzielić bratu kilku niezbędnych wskazówek względem pracy w gospodarstwie, gdyż zaledwie kilkunastoletni Wojtuś nie był doświadczonym gospodarzem. Jan mówił o sprawach związanych z ogrzewaniem domu. Przypuszczał, że być może brakuje im materiałów drzewnych do ogrzewania. Sugerował, aby cięli grubsze olszyny z rodzinnego lasu. Usilnie prosił Wojtusia o to, aby pomagał mamie i serdecznemu „ujkowi”, ile tylko może. Napominał go, iż nie może dopuścić do dużej biedy w domu. Jan mówił, że on przeżył już kiedyś taką biedę. Po raz kolejny pytał o kolegów, Romanów- Wojtka i Michała. Chciał wiedzieć, w której dokładnie kompanii służą. Najpewniej zależało mu na nawiązaniu z nimi korespondencji bądź być może na możliwości spotkania. Na koniec prosił go o rychłe odpisanie na list, gdyż chciał być na bieżąco ze sprawami domowymi. Cały list utrzymany był w bardzo serdecznym tonie. Uderza z niego olbrzymia miłość braterska, troska o młodsze rodzeństwo i zainteresowanie ich problemami. Jan był niezwykle emocjonalnie związany nie tylko z matką, ale również z młodszym bratem i siostrą .
List Jana Bajorka do brata Wojciecha.
9 maja 1916 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
29 maja 1916 roku Jan wysłał list do mamy. Dziękował za otrzymanie gazety i skromnej kwoty pieniężnej o którą prosił brata we wcześniejszym liście. Niestety, małego pakunku z domu jeszcze nie otrzymał. Mówił, że jeszcze będzie musiał na niego poczekać, gdyż tego typu rzeczy bardzo długo szły wojenną pocztą. Najbardziej uradowany był z otrzymania gazety wiejskiej. Prosił o częste wysyłanie mu kolejnych numerów, gdyż czytanie tej gazety sprawiło mu wiele radości. Pytał rodzinę o sprawy związane z gospodarstwem, czy wspomniana wcześniej Stefka przychodziła im pomagać. Również pytał o to, czy Jasiek Słonina żyje, czy też poległ na wojennym froncie. Niestety, nie miał już z nim kontaktu i bardzo go to niepokoiło.


              List Jana Bajorka do matki Wiktorii. 29 maja 1916 r. Zbiory prywatne Macieja Bajorka.

Fragmenty pracy licencjackiej napisanej pod kierunkiem dr. hab. Dariusza Nawrota, obronionej w Instytucie Historii Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach w roku 2013.

poniedziałek, 5 października 2015

Kościół parafialny pw św. Doroty w Trzcinicy

Kościół parafialny pw św. Doroty w Trzcinicy - wzniesiony prawdopodobnie w XV w., w XVI w. od zachodu dobudowano wieżę - dzwonnicę. Kościół remontowany i częściowo przekształcony w początkach XIX i XX w.

Fot. Anna Kusiak 





piątek, 2 października 2015

A. Wójcik, Fabryka głosi swoją śmierć - likwidacja rafinerii w Libuszy, artykuł prasowy z roku 1937.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Fabryka głosi swoją śmierć
Gorlice, 16 grudnia

Zamknięta obecnie rafinerja nafty w Libuszy. 
W zamglony dzień przed samem południem odezwał się przeraźliwy i żałosny głos syreny fabrycznej. Przeciągłe jego echo rozdarło szeroko i daleko ziąb wilgotnego, zimowego powietrza.
Wśród ośnieżonych pól okolicznych, na wzgórzach, w nizinach rzecznych i na urwistych brzegach, wszędzie gdzie tylko przez mgłę z dala widnieją smukłe wieżę szybów naftowych, ustała na chwilę praca. Przycichł stukot motorów. Umilkły dźwięki żelaziwa i świdrów wiertniczych. Zmieszała się i nagle urwała się ta znana stara melodyja górnika naftowego, rozbrzmiewająca bez ustanku z korony wieży wiertniczej „ Heja – hej – gotów”.
Jakiś dziwny smutek oblekł znienacka twarze wszystkich pracujących w samem środku gorlickiego Zagłębia Naftowego. – Skrzypnęły drzwi chat rozsiadłych na połogich zbozach pagórków, otaczających małą, zaciszną dolinę z omszałym starodawnym kościółkiem drewnianym w pośrodku. Na progach chatach zamajaczyły przestraszone postacie dzieci i starców
- Fabryka huczy o tej porze. Pewnie ktoś z pracujących umarł – wyszeptały nieśmiało czyjeś wargi. Tak było zawsze głos syreny oznajmiał wszystkim o śmierci robotnika fabrycznego. Głos syreny fabrycznej towarzyszył zmarłemu w jego ostatniej ziemskiej drodze i żegnał go zawodzeniem i jękiem przed złożeniem do mogiły na wieczny odpoczynek.
Dziś głos syreny raf. Nafty w Libuszy jest jakiś niesamowity – trzykrotnie przerywany, brzmi dłużej. Tym razem nikt nie umarł z robotników, a fabryka ich żegna długo, żałośnie. Dziś głos syreny wzbudza u wszystkich lęk, a zarazem żal.
Dziś syrena oznajmi wszystkim śmierć fabryki, własną śmierć. Dziś syrena ogłasza pogrzeb fabryki w Libuszy, a w głosie jej słychać nieutulony żal – do kogo? Do człowieka, który jej śmierć zadał!!! –
Przed czeluściami pieców, obok kotłowni stoją palacze. W oczach ich odbija się czerwony żar węgli. Sięgnęli po konwie z wodą. Zimny strumień zalał ogniska. Stanęły turbiny parowe, ucichły generatory, wsparły się o siebie, znieruchomiały tryby u kół w maszynach. Ustał i zamarł głos syreny, a z nim skończyła raz na zawsze swój żywot fabryka.
Wieczorem już nie zabłyśnie światło białe w rafinerji w Libuszy. Ciemność otoczy i przylgnie do czarnego żelaziwa kotłów, aparatów i maszyn, a pod jej płaszczem wylęgnie się rdza, która rudemi ustami gryźć będzie metal błyszczący. A potem przyjdą robotnicy z młotami ciężkiemi, rozkują maszyny – wielkie zbiorniki – kotły – część żelaziwa pojedzie na dalszą służbę w świat, część jako złom powędruje do huty.
Ale ze śmiercią fabryki zamarła i praca w Libuszy. Obcy kapitał zlikwidował bez powodu warsztat pracy. Kilkuset pracowników znalazło się nagle i najmniej spodziewanie bez pracy – bez chleba. Wprawdzie wzięli ochłap odprawy, ale mało z nich doceniło ten palący ich w dłonie pieniądze. Wielu z nich zapiło pogrzeb fabryki i swą własną dolę bezrobotnego, a wzgardzony pieniądz wnet znikł w przepastnych kieszeniach szynkarzy.
Dzieło Skrzyńskich i Noblów, rafinerja nafty w Libuszy – legła w ruinie, która będzie nocną porą postrachem dla spóźnionych przechodniów. 

Adam Wójcik


Ruiny rafinerii w Libuszy obecnie. Fot. Stanisław Niemiec.