piątek, 26 czerwca 2015

Maciej Bajorek, Pierwsza wojna światowa oczami żołnierza polskiego w armii austro-węgierskiej. Część I.

Na podstawie wojennej korespondencji Jana Bajorka z Rzepiennika Suchego.

Jan Bajorek przyszedł na świat 26 maja 1893 roku w małej, spokojnej miejscowości,  w Rzepienniku Suchym. Bardzo szybko, bo już dwa dni po narodzinach, dnia 28 maja zostaje ochrzczony w Kościele Parafialnym w Rzepienniku Biskupim, pod którego jurysdykcją kościelną znajdowała się oddalona o parę kilometrów rodzinna miejscowość Jana. 
Jego ojcem był niepiśmienny rolnik, Klemens Bajorek, matką zaś  chłopka, umiejąca pisać i czytać w niewielkim stopniu, Wiktoria z domu Roman,  którzy prócz najstarszego Jana mieli jeszcze dwoje dzieci córkę Katarzynę i syna Wojciecha, z którym, tak jak i z matką, Jan utrzymywał przez cały okres wojny stałą korespondencję.

Paszport Klemensa Bajorka.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Analfabetyzm rodziców nie może dziwić, gdyż w okresie schyłkowym XIX stulecia duży odsetek polskich chłopów Galicji zachodniej miał wyraźne problemy z posługiwaniem się sztuką czytania i pisania. Brak było odpowiednich szkół i jakiegokolwiek przystosowania edukacyjnego. Nauka nie była wtedy dla tych ludzi priorytetem. Nikt nie przejmował się  brakiem jakiegokolwiek wykształcenia, bo podstawą było wtedy przeżyć i wyżywić rodzinę. Nie było to zadanie  łatwe, gdyż zacofanie Galicji Zachodniej pod względem ekonomicznym, społecznym czy przemysłowym było duże. Ludność podobnie, jak rodzina Jana utrzymywała się głównie z prymitywnego rolnictwa, które było szalenie nierentowne i mało efektywne, ale innego wyjścia i alternatywy nie było. Dlatego też spora część mężczyzn decydowała się na emigrację zarobkową do Stanów Zjednoczonych, co również uczynił Klemens na początku XX w. Pozostał na obczyźnie  do lat dwudziestych XX wieku. Wrócił już do wolnej Polski  odrodzonej po 123 latach niewoli i zaborów.  O jego dokładnym terminie powrotu dowiadujemy się z paszportu i dokumentu zezwalającego na przekroczenie granicy polskiej.
Klemens Bajorek przez cały okres emigracji wspomagał rodzinę materialnie w znaczny sposób. Można powiedzieć, że bez jego pomocy ciężko byłoby przetrwać wojenny czas. Wszystkie pieniądze, które wysyłał pomogły przeżyć Wielką Wojnę rodzinie, jak i samemu Janowi, który w listach z frontu do rodziny prosił o niewielkie sumy. 
 W chwili wybuchu wojny Jan liczył 21 lat, a do wojska powoływano osoby mające ukończone właśnie 21 lat życia, które nie pobierały nauki na uniwersytetach . Jan spełniał te warunki i zgodnie z dyrektywami poszedł do wojska.
Trafił do 20. Galicyjskiego Pułku Piechoty „Księcia Pruskiego Henryka”. Nazwa wzięła się od pierwszego honorowego szefa jednostki w 1889 roku, którym był książę Prus, Henryk. Stan liczebny jednostki świadczył o przewadze osób narodowości polskiej, które stanowiły aż 80 procent całego stanu. Potocznie Polaków nazywano Dwudziestakami i Cwancygierami. Nazwa wzięła się od nomenklatury pułku.
Jan początkowo trafił na Górny Śląsk, gdzie spędził jesień 1914 roku. W tym okresie miał możliwość częstego, cyklicznego wysyłania rodzinie listów z informacjami o swoim zdrowiu i powodzeniu czy też prośby o skromne kwoty pieniężne, które były mu niezbędne do wojennej egzystencji. Nie został jeszcze wysłany na front i oczekiwał na podanie terminu o przystąpieniu jego jednostki do działań wojennych.
O jego dokładnym położeniu dowiadujemy się z pierwszych listów do matki, Wiktorii i brata, Wojciecha, adresowanych odpowiednio 9 i 10 października 1914 roku. W pierwszym pisał, że będąc na aesterunku, prosił  o pozwolenie na czasową przepustkę z jednostki, w celu wzięcia udziału w żniwach. Niestety, bez rezultatu. Z bólem serca i żalu prosił o pomoc szwagra, również Jaśka o „wymłócenie” żyta i o wykonanie paru innych typowo gospodarskich zadań. Napominał brata, żeby wszystko było na swoim miejscu, bo on chciał mieć do czego wracać.  W drugim liście do brata pisał również w sprawie wykonania rolniczych czynności. Uprzejmie prosił  o udzielenie pomocy szwagrowi i o przypilnowanie porządku w jego rzeczach . Ponadto informował rodzinę, iż niebawem ze swoją jednostką przeniesie się w inne miejsce i poinformuje, gdy to nastąpi. Prosił również o rychłą odpowiedź na jego list, w celu ewentualnego sprawdzenia powierzonych zadań .
Z kart pocztowych wiadomo że stacjonował w Karnowie. Jest to miasto w okręgu śląsko-morawskim, położone ok. 20 kilometrów od Głubczyc. Już w pierwszym liście widać, że miał ogromną nadzieję na szczęśliwy powrót do domu. Myślał o sprawach domowych. Martwiły go sprawy gospodarskie i chciał, aby wszystko było na swoim miejscu w gospodarstwie. Tęsknota za domem była trudna do opisania .
18 października 1914 roku wysłał krótki list z podziękowaniem za otrzymane pieniądze, osiemnaście koron .
22 października napisał dłuższy list adresowany do matki, w którym poruszał parę ważkich dla niego i rodziny spraw. Dziękował za kolejne wysłane pieniądze, w kwocie sześciu koron. Otrzymał już kilka listów i kartek od poszczególnych członków bliższej i dalszej rodziny( m.in. od „cioci i ujka”). Przede wszystkim prosił o to, aby rodzina o niego się nie martwiła( używał słowa z wiejskiej, rzepiennickiej gwary- trapić się). Pisał o tym, iż nie trzeba już mu wysyłać dodatkowych kwot pieniężnych. W tej chwili nie miał wielkich potrzeb, a same „przedfrontowe” warunki nie były takie złe. To w domu rodzina cierpiała olbrzymią biedę, a on na wojnie dawał sobie jakoś radę.  Tutaj żyło się oszczędnie jak „pierwyj” w domu” Mówił o rychłym powołaniu na front. Wspominał o spotkaniu kolegi z rodzinnej miejscowości, Jaśka Hołdy. Dowiadujemy się również o jego niezadowoleniu z postępowania brata, Wojciecha. „Debulok” nie dopilnował koni. O dokładnym przebiegu sytuacji nie wiadomo, gdyż nie zachowały się listy rodziny do Jana. Starał się w jakiś sposób doradzić w zaistniałej sytuacji, której przebiegu dokładnego nie znamy. Przedstawiał warunki pogodowe w aktualnym miejscu, gdzie przebywa. Piękna, w miarę ciepła jesień, bez opadów śniegu.  Po raz wtóry wspominał o niższych kosztach utrzymania na wojnie. Świnia była może i droższa, ale chleb tańszy. To głównie chlebem żył człowiek na wojnie .
Jan Bajorek w mundurze armii austro-węgierskiej.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Jan jeszcze nie trafił na front i miał możliwość wysłania kolejnych dłuższych listów do rodziny, z których mówił o swoim aktualnym wojennym powodzeniu i prosił o szybkie, listowne wyjaśnienie nurtujących go spraw. Już 27 października wysłał list do matki Wiktorii, który wyjaśniał nam wiele wcześniej nieznanych spraw. Informował o otrzymaniu paru listów, z których był niezwykle szczęśliwy. Pieniędzy wysłanych mu kilka dni wcześniej, jeszcze nie otrzymał. Ubolewał nieco nad faktem, że nie przebywał z nikim ze znajomych, ale przecież w wojsku wszyscy jeden brat.  Aktualnie wykonywał zadanie- „kosarnie w sukienny fabryce”. Buty dostał nowe, więc wysłanie mu kolejnych niepotrzebnych, zdecydowanie odradził. Pomimo świadomości niedostatku w rodzinnym domu poprosił o wysłanie mu drobnych pieniężnych kwot, które w tym okresie bez wątpienia bardzo mu się przydadzą. Wspominał o „boskiej woli”, która nad nim czuwa i że nie muszą się o niego martwić .
29 października wysłał list do rodziny, ale nie tej najbliższej.  Napisał list do wujostwa ze strony swojej mamy, jak to pieszczotliwe nazywa -kochana ciotko i ujku. Z powodu możliwości ocenzurowania listu używał skrótu myślowego: jestem zdrowy, ale nie bardzo. Najprawdopodobniej zamierzał przekazać informację o swym pogarszającym się zdrowiu. Z drugiej strony nie chciał martwić rodziny szczegółami złej kondycji. Wcześniej otrzymał od tej części rodziny kilka listów, za które serdecznie podziękował. Również ciocia i wujek wspomagali go finansowo, wysyłanymi, drobnymi sumami, w kwocie sześciu i ośmiu koron. Jednak kategorycznie prosił o zaprzestanie dalszego wysyłania pieniędzy, gdyż on nie miał dużych potrzeb, a tutaj żyje się zupełnie inaczej. Wujek z żoną również cierpieli spory niedostatek  w wojennych, ciężkich warunkach. Być może jeszcze większy, aniżeli Jan .
Nazajutrz po dniu zadusznym, 3 listopada zaadresował list do mamy Wiktorii, z którego dowiadujemy się paru dokładniejszych informacji o jego potrzebach, problemach i ewentualnych perspektywach. Pytał, czy otrzymali poprzedni list, w którym prosił o skromny pakunek, z kilkoma najpotrzebniejszymi rzeczami. Najprawdopodobniej list nie doszedł do rodzinnego domu, gdyż nie odnalazłem go w rodzinnych wojennych zbiorach, podobnie jak listów adresowanych do Jana na wojnie.  Na razie nie narzekał na brak bielizny i ogólnego odzienia. Cierpiał jedynie na niedostatek masła i prosił o rychłe jego wysłanie. Również wspominał o wysłaniu mu jednej koszuli.  Niestety, już nie służył w jednej jednostce z kolegą, Jaśkiem Hołdą. Trochę ubolewał nad tym faktem, bo przecież zawsze raźniej być w takim trudnym okresie z kimś znajomym i lubianym. Było mu smutno z tego powodu. Niestety, decyzją dowództwa kolega, Jasiek otrzymał przydział do innej kompanii. W tamtym momencie już powoli tworzyły się dokładne składy oddziałów, które niebawem zostały skierowane na wojenny front. Jan mówił z ogromnym bólem serca o tym, że teraz będzie pisał coraz rzadziej.  Było to spowodowane intensywniejszymi ćwiczeniami koszarowymi, które poprzedzały rychlejsze wysłanie do aktywnej walki wojennej.
Jan był świadomy, że już niedługo będzie mu dane stoczyć boje z wojskami wroga. Teraz już każdego dnia będzie obawiał się o swoje życie, ale w wojennej korespondencji nie będzie o tym mówił, żeby nie martwić rodziny .
10 listopada napisał do sporo młodszego brata, niespełna czternastoletniego Wojciecha. Wtedy był  już w posiadaniu własnej, wojennej fotografii. Obiecał wysłanie jej bratu. Podziękował za wcześniejszy list, który otrzymał. Na szczęście czasami się widział z bliskim kolegą, Jaśkiem, który został ostatecznie przydzielony do 4 kompanii. Podawał informacje, że będą wnet jechać. Najprawdopodobniej za niespełna 2 tygodnie zmienią miejsce stacjonowania. Dokładna informacja na temat daty i miejsca kolejnego pobytu nie były jeszcze znane. Z perspektywy czasu list nie był ważny, ani nie przyniósł żadnych informacji rodzinie o powodzeniu brata i syna, gdyż wskutek wojennej zawieruchy i problemów komunikacyjnych nie został dostarczony w odpowiednim czasie. List dotarł na pocztę w Rzepienniku Strzyżewskim dopiero 11 VII 1915 r., niecały rok po zaadresowaniu .
Takie sytuacje również się zdarzały, ale bez wątpienia wpływały negatywnie na domy rodzinne walczących żołnierzy. Rodziny ze zniecierpliwieniem i utęsknieniem oczekiwały na otrzymanie informacji o powodzeniu swoich krewnych na wojnie. Każde zbyt długie oczekiwanie na list z wojennego frontu mogło oznaczać, iż dany żołnierz poniósł śmierć wskutek działań wojennych i do rodzinnego domu nie wróci już nigdy.
List Jana Bajorka do matki Wiktorii
 11 listopada 1914 r.
Zbiory prywatne Macieja Bajorka.
Ostatnim listem jaki udało się Janowi wysłać do rodziny w roku 1914, był ten z 11 listopada, adresowany do matki, Wiktorii. Osobiście urzekł mnie pochwalny i pełen szacunku ton Jana w listach do mamy (zazwyczaj używa stwierdzenia kochana mamo), brata czy członków dalszej rodziny, z którymi również utrzymywał kontakt, oczekiwał na ich listy, informacje i ewentualne środki pieniężne czy też pakunki z najpotrzebniejszymi rzeczami. W tym ostatnim liście w 1914 roku informował kochaną mamę o tym, iż jego zdrowie uległo znacznej poprawie i nie muszą się o niego już martwić z tego powodu, gdyż już był w zadowalającej, wojennej formie. Troszkę z uczuciem niedosytu wspominał o tym, że przez okres dwóch tygodni otrzymał zaledwie tylko kilka listów, w tym kartkę od brata Wojtusia i list od „ujka” Janka.  Napominał o tym, że prosił we wcześniejszym liście o wysłanie mu pakunku, który jeszcze nie doszedł.  W tym momencie priorytety nieco się zmieniły i rzeczy, które miały znaleźć się w pakunku, powinny ulec zmianie. Mianowicie bielizny już nie potrzebował. Teraz była możliwość zakupu bielizny od żołnierzy po przystępnych, niższych cenach. Również perspektywa szybkiego wyjazdu na wojenny front  powodowała, że każdy żołnierz otrzyma nową partię bielizny. Wbrew pozorom nie tak łatwo było w rodzinnym domu o kolejne zakupy bielizny, więc fakt, że jest już niepotrzebna, nie jest bez znaczenia. To wszystko wymagało dodatkowych kosztów, a jak wiemy w trakcie wojny w rodzinnym domu Jana też cierpieli biedę, większą niż na froncie. Jan po raz ostatni informuje, że wnet będą odjeżdżać. Z tego powodu prosił o wysłanie mu niewielkiej kwoty pieniężnej, dosłownie kilku centów na bieżące, wojenne potrzeby. Niebawem zmienią miejsce stacjonowania, więc prowadzenie korespondencji  i  wysłanie ewentualnej materialnej pomocy dla Jana będzie bardzo utrudnione, a na pewno odłożone w czasie. To ostatni moment, żeby w jakikolwiek sposób wspomóc brata i syna zarazem, gdyż potem nie wiadomo co się będzie działo po wysłaniu na wojenny front. Jan mówił o tym, że w najbliższym czasie nie będzie potrzebował materialnej pomocy, bo przecież też nie wie co z nim będzie i w jakim miejscu będzie mu dane stacjonować .

To był ostatni list wysłany w 1914 roku. Jan zgodnie z rozkazami dowództwa musiał przenieść się ze swoją macierzystą jednostką w inne miejsce, gdzie rozpoczynała aktywne działania wojenne.


Fragmenty pracy licencjackiej napisanej pod kierunkiem dr. hab. Dariusza Nawrota, obronionej w Instytucie Historii Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach w roku 2013.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz