środa, 15 kwietnia 2015

Wojenne wspomnienia W. Breowicza z Osobnicy


Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

Wojciech Breowicz
Początek sierpnia 1914 r. sprawił mi niemałą radość zjawieniem się nad Osobnicą  pierwszego w jej historii samolotu, który podziwem i trwogą napełnił serca mieszkańców. Ciężko prostowały się zgarbione przy pracy postacie, spoglądając za ginącym w oparach południowego słońca dźwięczącym posłańcem wojny.
- O, patrzcie, wojenny „europlan”!- wykrzyknął ktoś.- A to ci gadzina!
-Gdzie tam gadzina… Maszyna zrobiona i prowadzona przez człowieka!- zawyrokował ojciec.
-A że to nie gruchnie na łeb, na szyję, jeno leci jak ta wrona- patrzcie!- dziwował się sąsiad.
- A dyć patrzymy i dziwujemy się, że to w powietrzu można się tak utrzymać i lecieć!- powiada ktoś inny.
- A widziecie, co to człowiek może!- rzecze ojciec.
-Żeby to człowiek, to jeszcze, ale to jest przecie wymysł szatana!- deklaruje sąsiadka.
-E, dajcie spokój, kumoszko!- wtrąca się dziadek.- Szatan- to zły człowiek, złodziej, krzywdziciel, zbój…
- Może i prawda… Tak, tak, prawdę mówicie…
Tak oto gorzkimi uwagami został przez nas przyjęty ten pierwszy zwiastun zbliżającej się pożogi wojennej.
16 sierpnia tegoż roku miejscowy proboszcz, Jan Kłos, celebrował mszę na intencję „ miłościwie panującego nam cesarza” i jego armii. W toku kazania nazwał tę wojnę „ świętą wojną za wiarę i cesarza”, bo przecie : sam papież ją błogosławił i wezwał do rozlewu krwi”. A że była to wojna w imię interesów papieskich i cesarskich, a nie chłopskich- o tym ksiądz widocznie zapomniał.
„ Warto” więc opuścić rodziny i mordować naród serbski i rosyjski, bo za to dostępuję się „ odpustu” i miękkiego krzesełka w niebie…
Kazanie to wywarło na mnie jakieś upiorne wrażenie. Automatycznie odklepałem polecone przez proboszcza „ Ojcze nasz” i „zdrowaśki”, waliłem się co chwila w piersi, wołając: „ mea culpa, mea culpa!”, nie wiedząc, o co właściwie chodzi i na co mi się to przyda. Można było z góry przewidzieć, że tak moja,  jak i moich rówieśników modlitwa nie przyniesie najmniejszej korzyści żadnemu cesarzowi, a tym bardziej austriackiemu, który karmił nas gorzką solą kamienną…
Kościół grzmiał wzdychaniem i jękami „ wiernych”. Wreszcie buchnęło. „ Boże, wspieraj”, hucząc jakimś głuchym akordem, tchnącym bolesną skargą i urągowiskiem losu. W dymach kadzideł i tej upiornej pieśni kryła się wiekowa gehenna, wyciągająca z obłoków dymu kościste szpony naszej tragedii chłopskiej i narodowej i zdawała się przeszywać na wskroś ostrymi sztyletami tę w fanatyzmie pogrążoną rzeszę…
W tym gorączkowym okresie ubzdurałem sobie, że muszę przygotować się do żołnierki. Wraz z innymi pędziwiatrami wyrobiliśmy kozikami szable drewniane, na wzór prawdziwej, jaką nieraz obmacywałem u „ Krzesnego” Bartusia. Teraz nie czas na czytanie książek i naukę. Podoba mi się szabla, bo można nią przecinać ludzi na dwoje i dziesięcioro, byle wpaść w diabelski gniew.
Oprócz szabel byliśmy uzbrojeni w długie, rzemienne proce, wzorem biblijnego pastucha, Dawida. Po rozmachaniu i puszczeniu jednego rzemienia, wylatywał pocisk kamienny i pędził w kupę chłopaków z gwizdem i furkotem. Biliśmy się dość często, tworząc dwa przeciwne fronty. Te zbytki kosztowały nas wiele krwi, ran, guzów i stratowanych ziemiopłodów. A ile kłopotów w sąsiedztwie! Ci, którzy z takiej kamiennej wojny wyszli cało – „potykali się” na szable. Często – gęsto ledwie dowlokłem się z krowami do chałupy pokaleczony, zalany krwią, w poszarpanej odzieży. Ale cóż było zrobić? Wojna – to wojna! Że rodzice karbowali za to skórę – o tym szkoda pisać…
Traktem wiodącym z Jasła do Biecza i dalej w stronę Krakowa ciągnęły szeregi wojsk różnorakiej broni – „forszpany” – oraz cywilne pojazdy kapitalistów, którzy wywozili swe dobro przed następującymi wojskami rosyjskimi. Z każdym dniem zbliżały się od strony północno-wschodniej coraz groźniejsze detonacje i coraz częściej przelatywały szeregi samolotów.
Któregoś dnia Austriacy wysadzili mosty kolejowe i wozowe w Jaśle, Niegłowicach i Brześciu oraz zbiorniki ropy naftowej rafinerii niegłowickiej. Po wstrząsającym huku ukazały się potworne chmurzyska czarnego dymu, pokrywając całą okolicę. Wieczorem oświetliła nas ponura czerwień ogromnej łuny.
Płonące strumienie ropy, idąc z falami pobliskiej rzeki, zapalały stojące nad brzegami chłopskie zagrody.
W końcu września nocowal u dziadka i rodziców pierwszy oddział wojsk rosyjskih. Był to patrol, dowodzony przez oficera, Polaka z Kongresówki. Wywlekli oni dla siebie i koni resztki pożywienia i paszy, za które zapłacili – jak mówił ojciec – dość dobrze. Zachowanie się tego czterdzieści osób liczącego patrolu było nienaganne.
Po odjeździe żołnierzy poschodzili się wystraszeni sąsiedzi, załamując ręce nad nie młóconym owsem wdeptanym w błoto.
- Zgroza to i obraza boska! Czy wam choć zapłacili? – pyta zgorszony sąsiad.
- Zapłacili, jeszcze i jak! – mruknął ojciec ściągając grabiami resztę słomy i siana.
- Przyjdzie umorzyć dzieci, psiakrew! – gniewa się energiczna sąsiadka Sztygarowa.
- Żołnierz nie jest winien, jeno panowie, co wojny prowadzą! – wymądrza się radny Turek.
- Że też zbójeckie cary i cesarze nie wymordują się sami między sobą jak te wściekłe psy, jeno Se siedzą w złotych pałacach, a chłopstwo niewinne za nich się bije i umiera, a całe kraje niszczą, palą, dzieci nam głodzą – te przeklętniki! – wpadł w gniew stary Tuchowski znad rzeki.
Lekarz przybyłego po pewnym czasie pułku kawalerii rosyjskiej zamieszkał w domu dziadka, od którego dowiedział się o długiej chorobie sąsiadki Brzostowskiej. Mąż był na wojnie, ona sama z małymi dziećmi i bez żadnej prawie opieki. Czasami zaglądnął któryś z sąsiadów z łyżką strawy. Lekarstw żadnych nie było.
Doktor, człowiek sympatyczny i ruchliwy, zamyślił się nieco, po czym energicznie wstał i zabrał z sobą dziadka oraz parę sąsiadek, udając się do chorej. Po zbadaniu poinformował sąsiadki, jak należy obchodzić się z chorą i stosować lekarstwa, po które tego samego dnia wysłał specjalnego gońca do apteki garnizonowej w Jaśle. Odwiedzał chorą codziennie dbając o punktualne stosowanie leków i należyte odżywianie, które polecił swemu kucharzowi gotować specjalnie obok własnej strawy. Jedzenie nosiłem ja, za co zawsze dostałem od lekarza dziesięć kopiejek.
Lekarstwa i odżywienie działały doskonale. Po dwóch tygodniach chora wstała. Wracała szybko do sił.
Gdy wspomniany pułk odjeżdżał, poschodzili się sąsiedzi przed dom dziadka i pięknie dziękowali lekarzowi. Rekonwalescentka chciała pocałować go w rękę, jednakże lekarz się uśmiechnął i na to nie pozwolił. Wręczył jej na odjezdnym jeszcze jedną receptę na bezpłatne lekarstwo.
Wspomniany dobroczyńca przyjął w czasie postoju całe dziesiątki chorych udzielając wszystkim porad i lekarstw bezpłatnie i zawsze z ludzkim uśmiechem.
Oficer ten nie był Polakiem, ale Rosjaninem. Nie był zwolennikiem cara i ówczesnego reżymu i ustroju panującego w Rosji, o czym świadczyły jego dyskretne rozmowy z dziadkiem o moim ojcem, prowadzone przy blasku świec albo mizernym kopciuszku- wieczorami, kiedy już nie istniała obawa podsłuchu…
Front ustępujących z linii Karpat wojsk rosyjskich przebiegał w ciągu dwóch dni maja 1915 r. przez Osobnicę. Toteż przeżyliśmy wtedy prawdziwą gehennę wojenną. Samoloty austriacko-niemieckie zrzucały na wieś bomby, zaś artyleria, ukryta w lasach harklowskich i na wzgórzach cieklińskich, zasypywała nas tysiącami pocisków, które zabijały nie tylko żołnierzy, ale i ludzi cywilnych, burząc i paląc ich domostwa.
Pamiętam, że się nie bałem. Przeciwnie, z wielkim zainteresowaniem obserwowałem te diabelskie igrzyska, pachnące krwią i dymem pożarów.
- To nic inszego, jeno prawdziwy „ jancychrys”, którego przepowiedziała królowa Saba…- jęczał ktoś u zapłoci, klnąc eksplodujące w pobliżu pociski.
- A idźcie se do diabła ze swoją Sabą i wszystkimi proroctwami!- zaklął ktoś więcej świadomy.
- Wyginą Moskaliska i my z nimi!- biadał sąsiad z nad rzeki, ciągnąc obok nas krowinę i obwieszony jak i jego rodzina tobołkami, gratami i szmatami.
- Wyginą, a jakże- wyginiemy!- rzekł zgorszony ojciec.- Ale co to za przenosiny urządzacie, Stanisławie? Taszczycie wiano dla kogo czy co?
- Dyć uciekamy przed wojną!- rzecze zmęczony sąsiad- Nie widzicie, co się dzieje? To idzie jakiś potop i ziemia się zapadnie!
- Ano zapadnie!- przedrzeźnia ojciec.- Wam się też w głowie zapadło, bo myślicie, że trochę dalej na wschód wojny już nie będzie!
- To gdzie się podziać, kiej to piekło wali się na nas jak skaranie?
- A zostać za przypieckiem i gwizdać na wszystkie strachy! Szkoda żeście przy wojsku służył!
- Gwizdać… a przecie nas popalą i pozabijają! Miałem taki straszny sen…- rozpacza sąsiad.
Ojciec roześmiał się i machnął ręką.
- Wracajcie, Stanisławie, do chałupy-  zawyrokował przybyły dziadek- albo zostańcie koło nas. Rychtujemy się akurat razem z sąsiadami do przeniesienia w krzaki nad rzeką, Musimy przetrwać po chłopsku!
Tymczasem waliły się drzewa i chaty stuletnie. Jak daleki widnokrąg- wszędy tylko grzmot, łoskot eksplozji tysięcy pocisków, tętent jeźdźców, słupy ziemi, chmury dymów i ogromne pióropusze krwawych płomieni. Masy ludzi i koni ociekające krwią, setki pojazdów kotłujących się w głębi tego zamętu i nad tym wszystkim: grzmiące słowa przekleństw pod adresem tych, którzy wywołali tę krwawą rzeź ludzką w imię potęgi kapitału..
Jadąc na klaczy dziadkowej w pewnej odległości od ludzkiej i bydlęcej gromady, dostałem się serię niemieckich granatów, które poza obiciem grudami ziemi i chwilowym ogłuszeniem, nie wyrządziły mi żadnej krzywdy. Po rozlokowaniu się w zagłębieniach zarośli nadrzecznych wyszedłem na pobliski wzgórek i „ obserwowałem” wyjące w powietrzu pociski. Wkrótce artylerzyści rzucili na mnie całą serię granatów. Najbliższy z nich padłmoże o kilka kroków ode mnie. Zostałem kompletnie przywalony ziemią, spod której wyciągnięto mnie w stanie bezprzytomnym. Inne serie wyrządziły wiele szkody ludziom, niszcząc sporo gratów, zabijając kilka sztuk bydła i raniąc kilku sąsiadów. Przenieśliśmy się w inne miejsce.
Słońce chyliło się ku zachodowi, świecąc smutno i krwawo. Muzyka armat grała coraz słabiej. Wojska rosyjskie wycofywały się ku wschodowi. Na nieboskłonie wisiały ponure słupy dymów, a pośród nich, tu i ówdzie uśmiechały się obłoczki różowe, mieniąc się kolorami tęczy. Nad światem płynął kalendarzowy maj, świecący kikutami zmasakrowanych drzew i zniszczonych pól. Śpiewu ptaków nie słyszałem w owych dniach majowych. Ptaszęta pewnie ginęły w swoich gniazdach lub odfrunęły w spokojniejszą dal, nie chcąc dzwonić swych słodkich melodii rozjuszonemu i krwawemu bożyszczu zniszczenia.
Kiedy przewaliła się ta nawałnica, wieś, pomimo braku najtęższych sił męskich, zebrała się żywo do odbudowy, orki i siewu. Ruszyli wszyscy, kto żyw: starcy, dzieci i kobiety.

Biedniacy dzielili się między sobą uratowaną garścią zboża czy ziemniaków. Dzielili się nawet rzepą. Bywało, że na dziesięć zagród znalazł się zaledwie jeden koń. Chodził on z rąk do rąk i zaorywał, co się dało. Niektórzy zaprzęgali do pługa krowę i sami z nią ciągnęli. Widziałem również, jak staruszek Rolek ciągnął pług z wnuczętami, byle jeszcze choć skibę, dwie. Kobiety dzielnie zastępowały mężczyzn przy pługu, siewach i sadzeniu. Zwoziły też dzrewo z lasu i pomagały w odbudowie zagród.  

Wojciech Breowicz -(1902-1966) - pochodzący z Osobnicy nauczyciel, pisarz, poeta i działacz ludowy. W 1932 r. wyemigrował do Brazylii, gdzie spędził resztę życia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz