piątek, 28 listopada 2014

Ogniska w okopach

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Kapitan 27 p. strzelców polnych Mikroys stał w nocy poza jednym ze swoich rowów strzelniczych, gdy nagle spostrzegł tuż w pobliżu płomyki ognia, wydobywające się z jakiegoś rowu. „I znowu łobuzy – mówi do stojącego obok kaprala – rozniecili mimo zakazu ogniu, pójdźmy tam, zrobimy porządek”, poczem udał się w stronę ognia. Stanął nad rowem, i krzyknął. „Do kroćset! pocóż znowu roznieciliście ogień! Chcecie dostać kilka rosyjskich granatów?
W tej chwili wyskoczyły z rowu jakieś postacie, których kapitan nigdy w życiu swem nie widział, potrząsając groźnie w ciemnościach karabinem, krzycząc: Russu! Russu!
Był to rosyjski rów, w którym kapitan ów chciał robić „porządek”. Szybko odwrócił się i z taką chyżością uciekał jak nigdy w swem życiu. Nagle padł jak długi towarzyszący mu kapral. Kapitan zatrzymał się, sądząc, iż ów żołnierz zraniony. Ale na szczęście kapral tylko się potknął, poczem prawie bez tchu zatrzymali się w swoich rowach.


27 Pułk Piechoty Austro-Węgier - Okręg uzupełnień – Graz. W chwili wybuchu wojny wchodził w skład 28 Dywizji Piechoty III Korpusu 2 Armii austro-węgierskiej, później przerzucony do Galicji walczył w okolicach Jasła pod koniec 1914 roku. Za: Wikipedia.pl

środa, 26 listopada 2014

Międzywojenne przepisy Koła Gospodyń Wiejskich z Wapiennego - część I.


Pamiątkowe zdjęcie z kursu dom. gospodarczego z miejscowości Wapienne, organizowanego przez Koło Gospodyń Wiejskich. Zdjęcie wykonano 15 czerwca 1937 r. Oryginał w zbiorach Marii Ślazyk.

Poniżej prezentujemy oryginalne przepisy, które zanotowane zostały w 1934 r. podczas kursu gotowania, odbywającego się w Wapiennym w ramach zajęć z prowadzenia gospodarstwa domowego. Z pewnością nie są to potrawy które na co dzień znajdowały się na stołach ówczesnych mieszkańców okolicy, ale dobra pani domu musiała w tym czasie umieć przygotować i wykwintną ucztę z okazji świąt czy innych uroczystości rodzinnych. 



Oryginały w zbiorach M. Ślazyk



czwartek, 20 listopada 2014

Kolacja u wroga

Przypadek żołnierza z 59 p.p.

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.

W nocy – jak zwykle – przyjechała poza frontem kuchnia polowa i żołnierze przychodzili jeden po drugim po kolacyę. Również i ten dostał szalkę napełniona po brzegi. Z kolacyą pomału i niezwykle ostrożnie wracał do swego rowu. Szedł tak dlatego, iż było ciemno,  po wtóre nie chciał uronić ani jednej kropli maszczonej zupy, w której formalnie tonął olbrzymi kawał mięsa z grochem. Smaczny i „piękny” dym unosił się z szalki. Żołnierz tak dalece napawał się swą „lukullusową” ucztą, iż zmienił drogę. Dopiero, gdy podniósł już jedną nogę chcąc zejść do okopu, spostrzegł, iż to rów rosyjski. Również spostrzegł go stojący w pobliżu Rosyanin. Musiał szybko działać i to z własnej inicjatywy. Salcburczyk z całej siły uderzył szalką Moskala w głowę, tak, iż ten z rykiem runął na ziemię. Po pierwsze z powodu silnego uderzenia, następnie dlatego, iż gorąca zupa poparzyła mu twarz i spłynęła po gołym ciele.
Inni Moskale początkowo cofnęli się sądząc, iż Austryacy rzucili ręczne granaty do okopów, po chwili dopiero poszli na pomoc jęczącemu koledze a tymczasem Salcburczyk, jeżeli nie z kolacyą, to w każdym razie żywy przybył do swoich.  




Żołnierze 59 p.p. z Salzburga pułku brali udział w walkach z Rosjanami w Galicji, w czasie letniej ofensywy w składzie 3 Armii. Między innymi 27 sierpnia 1914 roku brali udział w bitwie pod Poturzynem, podczas operacji Wisła - San walczyli w okolicach Leżajska i Woliny. W listopadzie walczyli nad Szreniawą wydatnie przyczyniając się do zatrzymania rosyjskiego "walca parowego". W grudniu 1914 roku brali czynny udział w operacji limanowsko-łapanowskiej tocząc ciężkie walki pod Sobolowem. W pierwszej połowie 1915 roku w okolicach Tarnowa, BrzeskaŻmigrodu.
Za: Wikipedia.pl

wtorek, 18 listopada 2014

Relacja z pierwszego wejścia Rosjan do Jasła

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło u autorów.


Władze nasze opuściły Jasło 26 września. Został burmistrz na skutek deputacyi ludności, ażeby jej w tej ciężkiej chwili nie opuszczał. Zostało z nim kilku radnych. Miasto liczące 10.000 mieszkańców, było już prawie wyludnione, bo pozostało zaledwie 3. 000 osób, w czem starszych mężczyzn najwyżej 300, reszta kobiety, dzieci i niedorostki.
Panika była straszna. Zakopywano lub zamurowywano pieniądze, kosztowności a nawet żywność po ogrodach i piwnicach, wystawiano w oknach obrazy świętych, odbywano pielgrzymki do kościołów, gdzie gromadzono się tłumnie i żarliwie modlono. Punktem kulminacyjnym było nabożeństwo w niedziele dnia 27 września bezpośrednio przed wtargnięciem Moskali. Wszyscy byli tak wzruszeni, że bez różnicy głośno płakali czując zbliżające się niebezpieczeństwo. Zaraz po nabożeństwie  pochowali się spiesznie po domach.
Około godziny w pół do drugiej popołudniu tej samej niedzieli usłyszeliśmy pierwsze strzały. Przez miasto przeciągały patrole naszej armii w odwrocie a ucierając się ostrzeliwały z podziwu zgodną odwagą nacierającemu przemożnemu nieprzyjacielowi. Zaledwie nasi ustąpili, pojawiło się na rynku dwóch huzarów rosyjskich na koniach a za nimi znaczniejszy oddział huzarów z oficerem na czele. A potem przewalały się przez miasto oddziały za oddziałami sama konnica, huzarzy i ułani, bez końca.
Oficer rosyjski stojący na czele jednego z wkraczających oddziałów wezwał któregoś z napotkanych mieszczan, ażeby natychmiast przywołał burmistrza. Burmistrz dr Bandrowski [ w rzeczywistości nazwisko burmistrza powinno brzmieć Baranowski – przyp. Red.] na wezwanie to stanął. Oficer zagadnął go: „Schprechen się deustsch” Burmistrz na to: „po niemiecku mówię, ale wolałbym mówić po polsku”. Na to zauważył ów oficer, że językiem polskim nie włada, poczem wezwał burmistrza po niemiecku, by ludność uspokoił, widząc popłoch i trwogę. Zarazem oznajmił że na pół godziny nadejdzie pułkownik, który wyda odpowiednie rozkazy i którego kazał oczekiwać burmistrzowi na rynku.
Za pół godziny istotnie zjechał pułkownik otoczony świtą. Towarzyszył mu lekarz wojskowy, mówiący po polsku, który służył mu za tłumacza. Ów lekarz zapytał po polsku: Czy jest tu burmistrz lub kto z gminy? Na to burmistrz dr Bandrowski wystąpił z gromady, a towarzyszą mu w spełnieniu jego obowiązku obywatelskiego radni kanonik Kwieciński, adwokat dr Michnik, dyrektor szkoły wydziałowej żeńskiej Kaniowski, lekarz dr Waleryan Macudziński i rabin miejscowy Hersz Józef Rubin.
Oficerowie zsiedli z koni a lekarz tłumacz, reprodukując wolę pułkownika, oświadczył burmistrzowi, że imieniem generała wojsk rosyjskich ogłasza zajęcie miasta Jasła przez wojska rosyjskie. Nakazał dalej zwierzchności gminnej dalsze urzędowanie, wezwał ludność do zachowania porządku i spokoju i do posłuchu, wydać się mającym rozkazom. Zakończył swoje oświadczenie tem, że całą odpowiedzialność za najściślejsze wykonanie wszystkich tych poleceń spada na burmistrza. Na żądanie burmistrza dr Bandrowskiego, dał pułkownik celem wypełnienia tych wszystkich poleceń pozwolenie na uzbrojenie policyi miejskiej, której odznaką miały być białe opaski na ramieniu.
Słów powitania ani uroczystego przyjęcia ze strony reprezentacji miasta lub ludności żydowskiej nie było i być nie mogło. I reprezentacya  miasta i ludność przyjęli Moskali jako wielkie nieszczęście w popłochu i trwodze, bezbronni ulegając przemocy i wypełnili rozkazy, którym oprzeć się nie mogli i które trzeba było wykonywać w interesie miasta i ludności.
Pułkownik rozkazał jeszcze dostarczyć do następnego dnia do godziny 10 400klg. Chleba, pewnej ilości soli i cukru i innych środków żywności, przyrzekając za wszystko zapłacić gotówką.
W czasie tych scen na rynku przelecia,lo nad Głowani zatrwożonych mieszkańców 19 kul armatnich. Szły one od artyleryi rosyjskiej stojącej na górach Gorajowickich pod Jasłem, a były skierowane przeciw opuszczającemu Jasło pociągowi pancernemu oraz naszemu samolotowi, który na czas jeszcze zaopatrzył się w benzynę w rafineryi w Niegłowicach, po czem cało i bez szwanku uleciał.
Ponieważ miasto było prawie zupełnie ogołocone ze środków żywności dostarczyło tylko z wielkim trudem, przeważnie drogą składek osób prywatnych, żądanych zapasów żywności, po które punktualnie o godzinie 10 dnia 25 września pułkownik rosyjski się zgłosił. Zapłacił za nie gotówką w walucie rosyjskiej, licząc rubel po 3 korony.
Przez cały czas krótkiego na szczęście, panowania Moskali w Jaśle, ludność zachowywała się spokojnie, ale z nieufnością i niechęcią do najeźdźców. Tylko ukradkiem z za drzwi i z za okien przyglądali się ludzie, co się dzieje na mieście, a wychodził na ulicę tylko ten, kto musiał. Rozrzucane setkami proklamacyie wojsk rosyjskich do ludności polskiej, mieszczanie darlki zaraz i niszczyli.
W mieście nie rozkwaterowali się Moskale z powodu panującej tam czerwonki, co było dla mieszczan wielką ulgą. Natomiast rozsiedli się i zagaspodarowali w magistracie, gdzie przez 4 dni pobytu urzędowało dwóch lub trzech oficerów. Na znak swego panowania zaraz następnego dnia po inwazyi zatknęli Moskale na budynku szkolnym koło ratusza wielką chorągiew o barwach państwowych rosyjskich.
Nie obeszło się oczywista bez rabunków i grabieży ze strony żołdactwa. Było ich kilka wypadków, zwłaszcza rabunków zegarków. Podobno winni zostali na doniesienie poszkodowanych pociągnięci do odpowiedzialności.
1 października wczesnym rankiem wycofali się Moskale z Jasła tak nieznacznie, że nikt z ludności tego nie zauważył. Spostrzeżono ucieczkę Moskali dopiero wtedy, gdy wkroczył patrol ułański austryacki około godziny 9 rano. Wkraczający patrol najoczywistszy dowód  powrotu naszych i wygnania Moskali przyjęła ludność entuzyastycznie. Okrzykom owacyi i uciechy nie było końca. Z tryumfem wśród tłumów ludności usunięto zaraz chorągiew rosyjską, ażeby zatrzeć w ten sposób  ostatni ślad panowania rosyjskiego.  




wtorek, 11 listopada 2014

Bojący Wicuś

Krótki dowcip z 1915r.


- Cóżeś taki wystraszony, Wicuś?
- Bo mi ciocia powiedziała: "z prochu powstałeś"...
- No, więc cóż z tego?
-No, boję się, żebym nie wystrzelił!

wtorek, 4 listopada 2014

Krótkie wspomnienia pani Józefy z Glinika Polskiego w Jasielskim

Zachowano pisownię oryginalną. Źródło o autorów.


Glinik Polski w Jasielskiem. Piszą, siostry czytelniczki, o swoich przejściach z Moskalami, a od nas nie słychać nic, jak by u nas burków nie było. Byli oni i u nas gospodarzyli, jak wszędzie. W domach kradli, a smotrali wszystko. W jednym z domów, gdy dziewczyna zalecającego się do niej kozaka zwiodła i uciekła mu, kozak wrócił i potłukł naczynia, pokradł, co mu pod rękę wlazło. W innym wpadli do domu, w którym była ośmioletnia dziewczynka. Ta ze strachu chwyciła poduszkę i schowała się pod łóżko. Gdy kozak zaczął jej z pod łóżka wydzierać poduszkę, weszła matka. Ta chwyciła również za poduszkę, by jej bronić, ale kozak palnął ją szablą przez rękę – puściła. Poduszkę zabrał.-

Za cielę płacili po 4 ruble, za kurę po 7 kop. Na dokładkę gdy się kto opierał, bili nahajkami. Pieniędzy szukali w popiele w piecach, w popielnikach, a jednej kobiecie „wysmotrali” je nawet w dołeczku, nakrytym nawozem. Wreszcie jednak Pan Bóg nas od nich uwolnił.