piątek, 25 lipca 2014

Kapliczka na łące

W Bieczu znajduje się jeszcze jedna kapliczka, nazywana potocznie kapliczką na łące, która najprawdopodobniej powstała w połowie XIX w. i wiąże się z nią poniższa opowieść.

Do folwarku Stanisława Śliwińskiego położonego za górą zamkową dojeżdżało się starą drogą zwaną traktem krakowskim. Była to droga szeroka, utwardzona, na której swobodnie mogły się mijać dwa wozy konne ( dziś droga zapomniana), mimo, że jeszcze w latach 80. XX w., droga ta jako piesza wykorzystywana była jako krótsza na cmentarz, jest to też jedyna droga na zamczysko. Był czas żniwny. Zwożono do stodół snopy zboża na kilka wozów. Pośpiech był ogromny bo zbliżała się burza. Naładowane wozy ze zbożem jechały jeden za drugim. Woźnice naglili konie aby szybko jechały i nagle na wprost pędzących koni wybiegły panny Mazurkiewiczówny, które miały jakieś zatargi ze Śliwińskim i aby nastraszyć woźnicę, otwarły błyskawicznie czarne duże parasole. Skutek był taki, że konie się przestraszyły, zerwały się w bok. To spowodowało wywrócenie się wozów ze zbożem, zerwana została uprząż na koniach i uszkodzone same wozy. Na to pobojowisko nadjechał na koniu sam Śliwiński i widząc duże straty, tym bardziej,  że burza już się zaczęła i padający grad niszczył zboże, tak się zdenerwował, że spoliczkował jedną z panien, gdyż pozostałe zdążyły zbiec. Panny Mazurkiewiczówny były to wysokie, już starsze niewiasty w dużych kapeluszach, raczej wątpliwej urody. Niemniej bardzo ruchliwe i krzykliwe, a w dodatku złośliwe i swoich praw dochodziły wszelkimi sposobami. Były to czasy, jak opowiadał wnuk Stanisława  Śliwińskiego, Antoni, kiedy nietykalność osobista chroniona była ustawami austriackimi. Korzystając z tego panny Mazurkiewiczówny wniosły skargę do sądu w Bieczu o pobicie. Śliwińskiego powiadomił o tym zaprzyjaźniony sędzia i radził mu aby załatwił sprawę polubownie, bo inaczej on musi go skazać na zapłatę i areszt. Prawo dla tego typu spraw było bardzo bezwzględne i nie przewidywało żadnych ulg. Dla Śliwińskiego nobliwego obywatela miasta Biecza, areszt był nie do zniesienia. Bardzo martwił się zaistniałą sytuacją, ale o zgodzie z pannami nie było mowy. Data rozprawy została wyznaczona. On uważając, że poniósł duże straty za nic nie chciał się godzić z pannami. Ale niezmiernie bał się realizacji obowiązującego prawa, tuż przed rozprawą sądową poszedł do kościoła p.w. św. Anny i modlił się przed ołtarzem św. Antoniego, prosząc pana Boga o pomoc w uratowaniu jego godności obywatela miasta Biecza. Ślubował, że jeżeli sąd nie skaże go na więzienie, to on wybuduje kapliczkę na chwałę pana Boga w miejscu zajścia. W tym samym niemal czasie do sądu w Bieczu dotarł edykt cesarski w myśl którego, każdy kto przeszkadza lub utrudnia zbierać plony z pola ma być surowo przez sąd karany, bowiem cesarstwu potrzebne są duże ilości zboża w związku z prowadzoną wojną. W świetle tego los Stanisława Śliwińskiego uległ całkowitej zmianie. Sąd wydał wyrok zgodnie z edyktem, skazując panny Mazurkiewiczówny na zapłacenie Śliwińskiemu za zniszczone zboże, uprząż i uszkodzone wozy 100 zł reńskich. Panny wyznaczoną kwotę zapłaciły. Za sumę tę Śliwiński wybudował kapliczkę niewiele dokładając od siebie. Kapliczka stoi do dzisiaj, jest on murowana, na rzucie prostokąta, nakryta dachem blaszanym. Wewnątrz ołtarzyk, a w nastawie duża kamienna figura Chrystusa frasobliwego, polichromowana. Dawniej były we wnętrzu figury innych świętych, ale niestety zostały skradzione. We wnęce nad wejściem do kapliczki fundator umieścił figurę św. Antoniego. Figurkę tę kilkakrotnie usiłowano skraść, ale dziwnym trafem święty zamiast w ręce złodzieja, wpadał na stryszek kapliczki. W końcu panna Wiktoria Mazurkiewiczówna , drugie pokolenie naszych panien sprzed 150lat, przekazała figurkę św. Antoniego do muzeum w Bieczu, a w jego miejsce wstawiła nową gipsową figurkę, która stoi po dziś dzień. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz