.

Jak co roku, wraz z nastaniem czerwca udajemy się na przerwę wakacyjną. Kolejny nowy post na naszym blogu pojawi się w niedzielę, 3 września. Jednocześnie cały czas zapraszamy na naszą stronę na Facebooku, gdzie przez cały letni okres niezmiennie będziemy prezentować ciekawostki historyczne związane z regionem, jak zdjęcia, ogłoszenia prasowe, itp.

Śledź nowe posty

piątek, 25 lipca 2014

Dziegciarstwo

Dopóki nie upowszechniły się smary z ropy naftowej, podstawowym środkiem służącym do konserwacji i smarowania była maź. Tajemnicę wyrobu mazi znali już wczesnośredniowieczni Słowianie, a w okolicach Gorlic z jego produkcji słynęły przede wszystkim Bielanka i Łosie. Maź, podobnie jak dziegieć i smoła jest to jeden z produktów destylacji rozkładowej drewna. Na terenach Łemkowszczyzny częściej wytwarzano dziegieć zwykły, a to dlatego, że rzemieślnicy otrzymywali karpinę z lasów dworskich za darmo, gdyż przy karczowaniu oczyszczali jednocześnie wyręby.
Do wytopu najbardziej nadawały się pnie, które leżały w ziemi 10 do 15 lat i były okorowane,  ponieważ miały wtedy najwięcej żywicy. Drewno takie oczyszczano z ziemi i korzeni i rąbano siekierą na wąskie szczapki zwane „podpałkami” lub „smołówkami”.  Proces technologiczny przy wyrabianiu dziegciu i mazi drzewnej był w zasadzie ten sam, z tym, że przy wyrobie dziegciu zostawał on szybciej przerwany. Polegał na ułożeniu w głębokich dołach zwanych „mieleszami” stosu wysuszonych kawałków drewna. Mielesze te budowano na wolnym powietrzu, zazwyczaj w pobliżu domów (Bielanka), rzadziej zaś w lesie (Łosie). Na zboczu wzgórza kopano dół w kształcie leja głębokości od 50 do 100 cm i średnicy górnej od 60 do 150 cm. Taki kopiec wystający około 1 m nad ziemię uszczelniano mchem i gliną, aby ogień się nie wydostał na zewnątrz. Z dna leja przechodziła na zewnątrz metalowa rurka, którą odprowadzano destylat do naczynia. Dawniej, zamiast metalowej rurki, kopano poniżej dna leja drugą komorę do której dziegieć, względnie maź spływały wprost w drewniane naczynie. Wypalanie „mielesza” trwało około 12 godzin. W trakcie wypału spływała najpierw terpentyna, następnie dziegieć, a na końcu maź. Z jednego mielesza o pojemności około 2 m sześciennych  surowca otrzymywano około 15 l dziegciu i 6 l mazi. Innym sposobem wytopu, stosowanym bardzo rzadko w Łosiu przed II wojną światową i podczas okupacji było beczkowanie. Polegało ono na tym, że w żelaznej beczce o pojemności 50-200 l, tzw. „maziarce”, poddawano destylacji smolne drzazgi zalane wodą. Produkty destylacji odprowadzano długą, metalową rurą osadzoną w deklu beczki. Rura ta przepuszczona w poprzek nurtu potoku pełniła funkcję chłodnicy, u której wylotu spływały do podstawionego naczynia produkty destylacji analogicznie jak przy wytopie w mieleszu. Powyższe sposoby produkcji mazi powoli zanikały, bowiem już na przełomie XIX i XX w., wraz z rozwojem przemysłu naftowego na Pogórzu, maziarze przechodzili na handel smarami fabrycznymi, biorąc maź m.in. z destylarni nafty w Ropie. Stopniowe przechodzenie na handel mazią mineralną nie oznaczało całkowitej rezygnacji z własnych pomysłów. Zdarzało się, że niektórzy maziarze, sami próbowali destylować ropę czerpaną na terenie wsi lub przywożoną z Ropy albo z Siar. Maź otrzymywano poprzez gotowanie ropy z kalafonią i wapnem lub asfaltem i olejem. Smary uzyskiwano gotując z kolei maź, również z dodatkiem kalafonii i wapna. Jeszcze w czasie ostatniej wojny Łosianie budowali po okolicznych lasach nad potokami prymitywne destylarnie, w których z surowej ropy naftowej pędzili benzynę, naftę, oleje i maź. Dodać wypada, że destylacja ropy w tych warunkach była bardzo niebezpieczna, bo często zdarzało się, że tak wykonana aparatura eksplodowała, powodując niekiedy kalectwo jej konstruktora. W czasie II wojny światowej z powodu braku smarów pochodzenia przemysłowego, w celu ich zastąpienia również mieszkańcy Bartnego wypalali w mieleszach maź drzewną.
Dziegieć i maź były towarami bardzo poszukiwanymi. Szewcy, rymarze i siodlarze używali ich do impregnacji skór. Napuszczano nimi buty i uprząż, a ostry zapach chronił skórę od pogryzienia przez myszy i szczury. Aptekarze sporządzali z dziegciu syropy leczące przeziębienie oraz maści na schorzenia skóry takie jak egzymy, parchy, wysypki, krosty, grzybicę i łupież. Ponadto zmieszany ze spirytusem i pity na czczo leczył wrzody, zasuszając je i dezynfekując. Niezastąpiony był również w weterynarii. Stosowano go zazwyczaj w miejscach gdzie trzymano większą ilość koni lub bydła, ponieważ był pospolicie stosowanym środkiem do leczenia tzw. grudy jak i innych dolegliwości racic i rogów, kopyt i kości zwierząt domowych. Nasycano nim również odzież w obronie przed robactwem i infekcjami.  Dziegciarze z Bielanki wytwarzali również smołę do dratew, sporządzaną z  żywicy sosnowej i łoju oraz tzw. „suchy dziegieć”. Była to twarda smoła powstała po wytopie dziegciu, zmieszana z tartym jałowcem i surowymi – aromatycznymi ziołami, używana była na wsi do okadzania krów. Dziegieć – czy też smoła drzewna- to również uniwersalny klej i uszczelniacz, środek konserwujący i impregnat. Uszczelniano nim beczki, cebry, skrzynie, balie i konwie. Czyszczono uprząż końską, mocowano groty strzały, impregnowano liny i skóry. Dopóki nie upowszechniły się smary z ropy naftowej, dziegieć był niezastąpiony w wozach do smarowania osi drewnianych kół – stąd powiedzenia „Kto smaruje, ten jedzie”. Dziegciowi przypisywano także niekiedy magiczną moc. Według ludowych wierzeń złe duchy i demony bały się dziegciu jak wampir osiny. Aby przepędzić złe moce, smarowali gospodarze dziegciem krzyże na drzwiach domostw, stodół i obór. Złodziej, południca, strzyga ani kłobuk nie nawiedzili wtedy obejścia. A trup, jeśli mu usta zakleić dziegciem, nie stanie się nigdy wilkołakiem ani złośliwym upiorem. Żeby nikt uroku na dziecko nie rzucił, stawiano go w naczynku u wezgłowia kołyski. Zaś złota obrączka wirująca w płynnym dziegciu wypędzała z chorego boleści. Dziegciarz-czarownik potrafił naprawić także „zepsute” mleko czy wykryć czarownicę we wsi. Przed I wojną światową znaczna część Łosian wyjeżdżała na handel za Karpaty. Bogatsi maziarze wyjeżdżali w trasę już w marcu, by powrócić w połowie listopada. Na ten czas zapewniali rodzinie najemną pomoc na okres żniw i innych prac polowych. Wielomiesięczny pobyt daleko od rodziny wymagał silnych koni i mocnego, trwałego wozu, dostosowanego do przewozu beczek oraz ich załadunku. Beczki, w których oprócz mazi i smarów, przewożono też oliwę, pierwotnie były drewniane, ale już w latach 20. XX w. towar ładowano do beczek metalowych, takich samych jakie służyły do wypalania mazi. Na wozie mieściło się do 8 beczek. Wędrowny tryb życia maziarzy zmuszał ich do zabierania ze sobą niezbędnych rzeczy dla siebie i dla koni. W kuferku znajdowała się osobista odzież i żywność. Siano dla koni wożono w tylnej części wozu nazywanej „kielnią”, zaś na przodzie było siedzenie dla maziarza, podwieszone na sprężynach i nazywane „kielnią przednią”. W obrębie tylnych kół zamontowany był hamulec cierny, uruchamiany za pomocą powroza i specjalnego układu dźwigni. Wóz maziarski osłaniała plandeka, rozpięta na drewnianych kabłąkach, chroniąca zarówno przed deszczem jak i przed słońcem. Tak wyposażone wozy wyruszały z Łosia corocznie w daleką drogę. Jeszcze przed I wojną światową na wiosnę wyjeżdżało około 100 wozów, każdy w swoją, znaną mu stronę. Wędrówki te obejmowały swym zasięgiem całą Słowację, Węgry, Siedmiogród i Morawy. Inni jeździli po Galicji i na teren Kongresówki, a niekiedy odbywali długie podróże na Litwę i Łotwę czy w głąb Ukrainy, gdzie docierali niemal do Morza Czarnego. Poruszając się od lat tymi samymi szlakami wiedzieli, gdzie mogą liczyć na postój i nocleg. Byli znani i chętnie im pomagano. Czekano też na nich z różnych powodów. Jedni oczekiwali na maź oraz smary, a drudzy na leczenie oraz odpędzenie czarów. Oni zaś przed wjazdem do każdej miejscowości oznajmiali swoje przybycie zawołaniem: „Maaazi!...kooomu maaazi!...niechaj z chałupy wyłaziii!...”. Po zakończeniu I wojny światowej kilku Łosian przez parę lat nielegalnie handlowało mazią na terenie Czechosłowacji, przechodząc wraz z wozami granicę „na Szwarc”. Większość jednak ograniczyła się do handlu w granicach Polski z tym, że prócz pierwotnych rejonów handlowych, leżących w obrębie dawnej Galicji i Kongresówki, objęli Łosianie swoimi wędrówkami niedostępne niegdyś dla siebie obszary byłego zaboru pruskiego, a więc Górny Śląsk, Wielkopolskę, zachodnie Kujawy i Pomorze. Odpadły natomiast zupełnie szlaki wiodące na Litwę, Łotwę czy tereny ZSRR. W okresie niemieckiej okupacji Łosianie oficjalnie prowadzili handel smarami w granicach tzw. Generalnej Guberni i nieoficjalnie sprzedawali też ściśle reglamentowaną naftę i benzynę. Było to połączone z dużym ryzykiem osobistym, zwłaszcza że transakcje odbywały się na zasadzie wymiany produktów naftowych na żywność, którą w odpowiednio skonstruowanych beczkach na smary przemycano w znacznych ilościach do Łosia. Nierówne zarobki, przyczyniły się do tego, że wśród maziarzy zarysowały się znaczne różnice majątkowe. W związku z tym wytworzyła się warstwa prawdziwych bogaczy, których rody stanowiły rodzaj miejscowej arystokracji, oraz warstwa średniaków i wręcz biedaków. Ci ostatni, jeżeli nie posiadali odpowiedniego kapitału potrzebnego do rozpoczęcia handlu na dużą skalę ani sprytu umożliwiającego im dojście do majątku „z niczego”, z trudem zarabiali na życie, roznosząc po wsiach maź na własnych plecach. Rozwijający się przemysł znacznie ograniczył, a potem wyeliminował zapotrzebowanie na dziegciarskie produkty. Ostatni wędrowny maziarz Dmytro Kareł zakończył działalność w latach 70. XX w. Produkcja i handel dziegciem zostały już niemal całkiem zapomniane, po osławionym rzemiośle pozostały ślady w literaturze pięknej. O maziarzach w swojej twórczości wspominał Jakiw Dudra. Także Jan Kasprowicz musiał na swojej drodze spotykać maziarzy z Łosia, bo właśnie im poświęcił jeden ze swoich wierszy:

Od głębokich lasów,
Od Rusińskiej strony,
Zjechał do wsi naszej
Naród osmolony.

Jasne mają oczy,
Poczerniałe twarze,
Jadą przez wieś, jadą
Łosiańscy maziarze.

Jadą przez wieś, jadą
Te wesołe pany
Krzyczą: „Mamy smarowidło,
Maź wyborną mamy”.

Komu trzeba mazi
Niech z domu wyłazi!
Smaruj, smaruj wóz sąsiedzie,
Kto smaruje ten też jedzie.
„Mazi, mazi, mazi”


W 1975 roku przy okazji otwarcia Sądeckiego Parku Etnograficznego nastąpił publiczny pokaz (podobno ostatni) wyrobu dziegciu przez dziegciarza z Bielanki, Feciucha. W 1997 roku nastąpiły pierwsze próby wyrobu dziegciu według starych receptur. We wsiach żyją jeszcze kontynuatorzy dobrych maziarskich czasów. Jednym z nich jest Piotr Szlanta z Łosia oraz Roman Pękała z Bielanki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz